Dekoracje potrafią całkowicie zmienić wygląd ogrodu tworząc go zaczarowanym.
Zauroczył mnie ostatnio cichy zakątek na naszej planecie w pewnym ogrodzie. Bardzo chcę wam to pokazać.
Jak widać rośliny to nie wszystko, choć powinny być podstawą każdego ogrodu. Właścicielka ma akurat bardzo romantyczną duszę, rozumiemy się
w tego typu dodatkach.
Zaplanowała każdy fragment, każdą otoczkę drzewa, detale. Symbolicznie ustawia też rzeczy kojarzące się jej z dzieciństwem, zapisuje wspomnienia na zielonej trawie.
W ogrodzie znalazło swoje miejsce również duże oczko wodne z pływającymi liliami i rybami. Zainstalowano wodospad oraz filtry. Więcej o filtrach do oczek znajdziecie pod adresemhttp://www.plantica.pl/produkty/oczko-wodne/filtracja gdyż temat jest bardzo obszerny. Filtry zapewnią nam odpowiednią czystość wody, żaden zapach nie będzie psuć nastroju.
I teraz nie wiem, co jest największa siłą tego miejsca. Rośliny, zadbany trawnik, rozplanowanie rabat czy właśnie cudny ptaszek na patyczku, który stawia kropkę nad i. Zauroczył mnie!
Tymczasem
Polinka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 maja 2017
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Kapitał ludzki
Moje życie na wsi...
Wielokrotnie zastanawiam się, jak żyłoby mi się w dawnych warunkach, miejskim blokowisku na wielkim osiedlu. Na dziewiątym piętrze,
w ciasnocie dwupokojowego mieszkania... Jak poradziłabym sobie z tym dzisiaj?
Po blisko dziesięciu latach na wsi żyję wolniej, spokojniej, szczęśliwiej i nie ma w tym przesady. Każdego dnia budzi mnie śpiew ptaków, cisza własnych czterech kątów, zieleń, mój Boże, własna zieleń!
Niewątpliwie największym kapitałem, jaki udało mi się zgromadzić, są ludzie. Grupa ludzi wspólnych poglądów, różnych kręgów, którzy z czasem stali się przyjaciółmi, zechcieli przy mnie pozostać. Lubimy się, wspieramy, odwiedzamy często. Dzięki Wam, moi mili! Uwielbiam nasze wieczory przy grillu, ognisku, wypady na grzyby i wszystkie sprawy, które nas połączyły:)
Bez Was wiele spraw nie miałoby miejsca, nie doświadczyłabym przyjaźni i wsparcia.
Ludzie są moim największym darem życia na wsi!
I ja nie mówię, że w mieście nie ma ludzi...Niech nikt mi się tu nie obraża:) Powiem jednak, że na wsi łatwiej o ludzi. Serdecznych i ciepłych, nieśpiesznie obdarzających cię swoją uwagą. Zauważających innych w swojej podróży przez życie.
Psss...moi kochani czytelnicy...
Czy ktoś z Was czasem nie mieszka w okolicach Sztokholmu?
Tymczasem
Polinka
Wielokrotnie zastanawiam się, jak żyłoby mi się w dawnych warunkach, miejskim blokowisku na wielkim osiedlu. Na dziewiątym piętrze,
w ciasnocie dwupokojowego mieszkania... Jak poradziłabym sobie z tym dzisiaj?
Po blisko dziesięciu latach na wsi żyję wolniej, spokojniej, szczęśliwiej i nie ma w tym przesady. Każdego dnia budzi mnie śpiew ptaków, cisza własnych czterech kątów, zieleń, mój Boże, własna zieleń!
Niewątpliwie największym kapitałem, jaki udało mi się zgromadzić, są ludzie. Grupa ludzi wspólnych poglądów, różnych kręgów, którzy z czasem stali się przyjaciółmi, zechcieli przy mnie pozostać. Lubimy się, wspieramy, odwiedzamy często. Dzięki Wam, moi mili! Uwielbiam nasze wieczory przy grillu, ognisku, wypady na grzyby i wszystkie sprawy, które nas połączyły:)
Bez Was wiele spraw nie miałoby miejsca, nie doświadczyłabym przyjaźni i wsparcia.
Ludzie są moim największym darem życia na wsi!
I ja nie mówię, że w mieście nie ma ludzi...Niech nikt mi się tu nie obraża:) Powiem jednak, że na wsi łatwiej o ludzi. Serdecznych i ciepłych, nieśpiesznie obdarzających cię swoją uwagą. Zauważających innych w swojej podróży przez życie.
Psss...moi kochani czytelnicy...
Czy ktoś z Was czasem nie mieszka w okolicach Sztokholmu?
Tymczasem
Polinka
wtorek, 26 kwietnia 2016
Dzieło stwórcy
Mój popęd za pięknem i ulotnością magnolii o mały włos nie został przypłacony utratą aparatu...
Wstałam rano, rodzina jeszcze wylegiwała się w łóżkach i siu na małe zdjęcia. W moim domu sytuacja jest bardzo wschodnia i muszę łapać każdy promień słońca niestety:) Tak więc porobiłam zdjęcia i zadowolona z siebie zarządziłam wyjazd do Wilanowa z okazji kwitnienia magnolii.
Uwielbiam! Obserwuję od dawna w cudzych ogrodach a w tym roku posadziłam u siebie dwa drzewka:)
Wybrałam odmianę bardzo odporną na mróz (podobno), ciemny róż, pachnącą i powtarzającą kwitnienie w sierpniu Susanę oraz różową Pinkie. Susana to chwilowo maleńkie drzewko, różowa trochę lepiej ale 1,5 metra na dwóch badylkach nie przekracza. Wiadomo, będę osłaniać na zimę i trzymać kciuki a was informować o moich osiągnięciach:) Mam nadzieję, że nie stracę ich z pierwszym większym mrozem:)
Patrząc na moją córkę stwierdzam z...no, pewnym uczuciem:), że Uczeń przerósł Mistrza:)
Magnolie zachwyciły całkowicie. Są wspaniałe, zniewalające, oszałamiające. Patrząc na nie widzę rękę Boga i raczej przesady w tym nie ma.
Wracając jednak do aparatu:) O mały włos!
Poszliśmy na obiad po spacerze. Ukochany położył torbę z aparatem na parapecie i jak to on, zapomniał o tym na śmierć. Zjedliśmy, poszliśmy do samochodu i odjechaliśmy. Po dobrych paru minutach jazdy uświadomiłam sobie, że nie ma aparatu. Nic się Kochany nie odezwał, jego minę zaś zapamiętam do końca życia:) Na wstecznym jechał pomiędzy samochodami!
Miałam szczęście, gdyż uczciwy człowiek oddał mój aparat kelnerowi. Po moim popłochu zapewne dokładnie wiedział, że to moja zguba:)
Bo wiecie, aparat jak aparat, ale te zdjęcia! O, matko! I jeszcze te poranne!
Łączę się za Wami w odczuwaniu mojego bólu:)
Wycieczkę do Wilanowa zaś polecam absolutnie, choć nie wiem, czy nie za późno na magnolie.
Buźka
Polinka
Wstałam rano, rodzina jeszcze wylegiwała się w łóżkach i siu na małe zdjęcia. W moim domu sytuacja jest bardzo wschodnia i muszę łapać każdy promień słońca niestety:) Tak więc porobiłam zdjęcia i zadowolona z siebie zarządziłam wyjazd do Wilanowa z okazji kwitnienia magnolii.
Uwielbiam! Obserwuję od dawna w cudzych ogrodach a w tym roku posadziłam u siebie dwa drzewka:)
Wybrałam odmianę bardzo odporną na mróz (podobno), ciemny róż, pachnącą i powtarzającą kwitnienie w sierpniu Susanę oraz różową Pinkie. Susana to chwilowo maleńkie drzewko, różowa trochę lepiej ale 1,5 metra na dwóch badylkach nie przekracza. Wiadomo, będę osłaniać na zimę i trzymać kciuki a was informować o moich osiągnięciach:) Mam nadzieję, że nie stracę ich z pierwszym większym mrozem:)
Patrząc na moją córkę stwierdzam z...no, pewnym uczuciem:), że Uczeń przerósł Mistrza:)
Magnolie zachwyciły całkowicie. Są wspaniałe, zniewalające, oszałamiające. Patrząc na nie widzę rękę Boga i raczej przesady w tym nie ma.
Wracając jednak do aparatu:) O mały włos!
Poszliśmy na obiad po spacerze. Ukochany położył torbę z aparatem na parapecie i jak to on, zapomniał o tym na śmierć. Zjedliśmy, poszliśmy do samochodu i odjechaliśmy. Po dobrych paru minutach jazdy uświadomiłam sobie, że nie ma aparatu. Nic się Kochany nie odezwał, jego minę zaś zapamiętam do końca życia:) Na wstecznym jechał pomiędzy samochodami!
Miałam szczęście, gdyż uczciwy człowiek oddał mój aparat kelnerowi. Po moim popłochu zapewne dokładnie wiedział, że to moja zguba:)
Bo wiecie, aparat jak aparat, ale te zdjęcia! O, matko! I jeszcze te poranne!
Łączę się za Wami w odczuwaniu mojego bólu:)
Wycieczkę do Wilanowa zaś polecam absolutnie, choć nie wiem, czy nie za późno na magnolie.
Buźka
Polinka
środa, 12 sierpnia 2015
Domowe przyśpieszenie
Nie wiem, czy was zaskoczę, jeśli powiem, że...nic mi się nie chce:)
I tu widzę las rąk, że wam też:)
Tak właśnie jest, kochani, kiedy żar od dawna z nieba się leje...nie bez powodu wymyślono sjestę!
Czekam na deszcz zbawienny, ochłodzenie, myślę nadal o wyjazdach i śnię...
Śnił mi się wyjazd do cudnego domu, na malowniczej wsi, blisko wody i rozkoszy przebywania w nim. Łóżko nasze było nasze, kilka drobiazgów z domu również. Pakujemy walizki pełni niewypowiedzianego smutku, że już odjeżdżamy. Płakać mi się chciało straszliwie. "Na szczęście Bogusia tu zostaje, będziemy mogli do niej przyjeżdżać pod namiot"- "Ale to nie to samo, co mieszkać". I szloch straszliwy! Obudziłam się cały czas mając poczucie nieprawdopodobnej straty...
Po przemyśleniu stwierdziłam, że śnił mi się mój dom, z uczuciami do niego, rozpaczą spowodowaną opuszczeniem go. A Bogusia to moja sąsiadka...całe szczęście, że ona tam, gdzie ja:)
Rusz się kobieto, rzuciłam dziarsko i nawet się udało:)
Odwiedziłam klamociarnię Jurka, skup złomu i ciekawie się obłowiłam za kilka złotych. Rozpędzam się ponownie w dziwnych zakupach i będę tworzyć wielką sztukę zwaną
" W miłosnym uścisku".
- Orest, jakie to jest piękne! Płakać mi się chce!
- O czym mówisz Elwira?
- Orciu, jak ja się cieszę, widzę nawiązanie do "Miłosnego uścisku"! Wróciłeś do twórczości, do nas!
- Elwira, to jest dętka od traktora, ja będę na tym pływał.
LOL!
A ja tak właśnie sobie bajam przez co Luby cytuje Elwirę i Oresta ze znajomego większości filmu:)
Lampka powyższa powstała z toczonej nogi, starego abażura, zdolnych rączek Lubego oraz niewielkiej ilości farby akrylowej na transfer numeru. Jeśli chcecie wykonać transfer należy wydrukować numer na drukarce ładną czcionką, dokładnie wyciąć środek, przykleić do abażura a potem tapować do uzyskania dobrego pokrycia farbą.
Aluminiowy czajnik ze złomowiska? Trudne do opisania są miny pracowników i klientów złomu, kiedy widzą mnie spacerującą w sukience pośród ich towaru a za chwilę taszczącą jakiś dziurawy garnek czy czajnik bez rączki. Bezcenne:)
Kupiłam też "takie ważne coś" z czego będzie lampa oraz żeliwne drzwiczki do pieca...pewnie do wędzarni ogrodowej pod którą mamy już fundament:)
W temacie domowym pracujemy jak mróweczki. Ukochany zajmuje się budowlanką a ja pichcę. Zakisiłam ostatnie (choć dla mnie pierwsze) ogórki, zamarynowałam ostre zapiczki, soków z wiśni i aronii mamy na cały sezon.
A w ogordzie...prawdziwy Cricoland:)
Doczekaliśmy się własnej huśtawki, chwilowo bez ławeczki ale z dwoma siedzeniami na linach. Dodając rozbudowujący się garaż na dwa auta, pracujemy że hoho!
Przenieśliśmy leżaki w ogrodzie w miejsce bardziej zielone aby nie patrzeć na łysinę po trawie...całkiem twarzowo się odpoczywa:)
Taca widoczna na zdjęciu jest do kupienia w moim sklepie Silky Home. Zapraszam po nowości a jutro dodam wasze ulubione klosze, tym razem na podstawkach Green Gate.
Przegrzewam się straszliwie i na okrągło myślę o jakimś wyjeździe. Jeszcze trochę nad wodę, jeszcze popływać:)
Dla Freda to pierwsze lato z wyjazdami nad wodę. Nie odkrył może w sobie wilka morskiego ale rozpędza się:)
Serdecznie was pozdrawiam i dziękuję za wszystkie komentarze.
Tymczasem
Polinka
I tu widzę las rąk, że wam też:)
Tak właśnie jest, kochani, kiedy żar od dawna z nieba się leje...nie bez powodu wymyślono sjestę!
Czekam na deszcz zbawienny, ochłodzenie, myślę nadal o wyjazdach i śnię...
Śnił mi się wyjazd do cudnego domu, na malowniczej wsi, blisko wody i rozkoszy przebywania w nim. Łóżko nasze było nasze, kilka drobiazgów z domu również. Pakujemy walizki pełni niewypowiedzianego smutku, że już odjeżdżamy. Płakać mi się chciało straszliwie. "Na szczęście Bogusia tu zostaje, będziemy mogli do niej przyjeżdżać pod namiot"- "Ale to nie to samo, co mieszkać". I szloch straszliwy! Obudziłam się cały czas mając poczucie nieprawdopodobnej straty...
Po przemyśleniu stwierdziłam, że śnił mi się mój dom, z uczuciami do niego, rozpaczą spowodowaną opuszczeniem go. A Bogusia to moja sąsiadka...całe szczęście, że ona tam, gdzie ja:)
Rusz się kobieto, rzuciłam dziarsko i nawet się udało:)
Odwiedziłam klamociarnię Jurka, skup złomu i ciekawie się obłowiłam za kilka złotych. Rozpędzam się ponownie w dziwnych zakupach i będę tworzyć wielką sztukę zwaną
" W miłosnym uścisku".
- Orest, jakie to jest piękne! Płakać mi się chce!
- O czym mówisz Elwira?
- Orciu, jak ja się cieszę, widzę nawiązanie do "Miłosnego uścisku"! Wróciłeś do twórczości, do nas!
- Elwira, to jest dętka od traktora, ja będę na tym pływał.
LOL!
A ja tak właśnie sobie bajam przez co Luby cytuje Elwirę i Oresta ze znajomego większości filmu:)
Lampka powyższa powstała z toczonej nogi, starego abażura, zdolnych rączek Lubego oraz niewielkiej ilości farby akrylowej na transfer numeru. Jeśli chcecie wykonać transfer należy wydrukować numer na drukarce ładną czcionką, dokładnie wyciąć środek, przykleić do abażura a potem tapować do uzyskania dobrego pokrycia farbą.
Aluminiowy czajnik ze złomowiska? Trudne do opisania są miny pracowników i klientów złomu, kiedy widzą mnie spacerującą w sukience pośród ich towaru a za chwilę taszczącą jakiś dziurawy garnek czy czajnik bez rączki. Bezcenne:)
Kupiłam też "takie ważne coś" z czego będzie lampa oraz żeliwne drzwiczki do pieca...pewnie do wędzarni ogrodowej pod którą mamy już fundament:)
W temacie domowym pracujemy jak mróweczki. Ukochany zajmuje się budowlanką a ja pichcę. Zakisiłam ostatnie (choć dla mnie pierwsze) ogórki, zamarynowałam ostre zapiczki, soków z wiśni i aronii mamy na cały sezon.
A w ogordzie...prawdziwy Cricoland:)
Doczekaliśmy się własnej huśtawki, chwilowo bez ławeczki ale z dwoma siedzeniami na linach. Dodając rozbudowujący się garaż na dwa auta, pracujemy że hoho!
Przenieśliśmy leżaki w ogrodzie w miejsce bardziej zielone aby nie patrzeć na łysinę po trawie...całkiem twarzowo się odpoczywa:)
Taca widoczna na zdjęciu jest do kupienia w moim sklepie Silky Home. Zapraszam po nowości a jutro dodam wasze ulubione klosze, tym razem na podstawkach Green Gate.
Przegrzewam się straszliwie i na okrągło myślę o jakimś wyjeździe. Jeszcze trochę nad wodę, jeszcze popływać:)
Dla Freda to pierwsze lato z wyjazdami nad wodę. Nie odkrył może w sobie wilka morskiego ale rozpędza się:)
Serdecznie was pozdrawiam i dziękuję za wszystkie komentarze.
Tymczasem
Polinka
środa, 8 lipca 2015
Dzień z życia
Jak to nieszczęście bliźniego może czasem lepiej na sercu zrobić:)
Wróciłam właśnie z ogrodu mojej przyjaciółki i poprawiło mi się z deczka. Kwestia jaka jest do omówienia to susza w moim ogrodzie i kłopot z hortensjami.
Już pisałam, że leję wodę na potęgę a mimo to straciłam kompletnie trawnik.
I choćbym nie wiem jak chciała wam pokazać moje zielone wnętrze to nie mogę, trawy brak.
Podpatruję u sąsiadów i zawsze mi się wydaje, że lepiej mają, a u mnie...lepiej nie mówić.
Otóż Marianna moja też tak ma:) Podlewa a efekty mizerne. Od razu mi się lepiej zrobiło. Nic tak nie cieszy jak nieszczęście bliźniego nie?;)
Mam oczywiście nadzieję, że nie traktujecie moich słów zbyt dosłownie...Prawda?
Jak u was po nocnej nawałnicy? Przeszła nad większością kraju, południe w dużych problemach utonęło. Jak u was? Wszystko gra?
Trzaski, wrzaski i błyskawice obudziły mnie o trzeciej. Przytomność nakazała odłączenie komputerów od prądu, bo swego czasu sporo się nasłuchałam o możliwościach burzy. Listwa przepięciowa niby jest, ale inni też mieli, więc wolę dmuchać na zimne. Potem pozostało już tylko upajać się możliwościami przyrody, wydając
ochy i achy. Na szczęście nie mam złych doświadczeń z burzą, jedynie w pierwszym roku mieszkania na wsi wiatr zerwał mi właz do komina:) Duło wtedy, że hej
i z wielkim świstem kawałek dachu odleciał do sąsiada. Do nas za to wpadła czyjaś brzoza, dobrze, że zatrzymała się przy płocie. Tyle w temacie.
Aktualne burze mnie cieszą bo u nas bardzo mało ogólnie pada. Ludzie mówią, że parafianie za mało na tacę kładą to i nie pada:) Bo skąd niby?;)
Salon mój zmienił lekko oblicze. Ma być cottage, w nutką czerwieni a mój babciny fotel bardziej wyeksponowany. Poniżej poranek w salonie. Lubię klimat porannego słońca:)
Ulubiony poranek. Słońce przyświeca, w kuchni parzy się kawa, hortensje pysznią się niebieskością. Tak rozumiem dom.
Ale dom to również obowiązki. Obrobiliśmy się z truskawkami więc czas na porzeczki. Porzeczki mamy własne bo przy planowaniu ogrodu szukaliśmy miejsca na owoce. Do tego agrest w odmianach, śliwki, jabłka, gruszki oraz morwę. Kompletnie nie sprawdziły się morele i brzoskwinie, nie chciały z nami być:)
Przetwory robimy rodzinnie. Maluchy zawodowo zbierają owoce, Ukochany zazwyczaj szypułkuje czy obrywa z gałązek a resztę robię ja. Rok w rok i nie planujemy tego zmienić. W tym sezonie, jak już wspominałam, stawiamy na duża ilość dżemów bo smaka mamy jak nigdy:)
Czerwienie, jak widzicie, trzymają się mnie mocno:) Zamówiłam już materiały w poziomki i truskawki i będę szyć dekoracje. Szał po prostu, tak, jakby Kaśka powiedziała:) Oczywiście nadal, maniakalnie, oglądamy Rozlewisko. To nic, że znamy teksty na pamięć:) Gotujemy bób i włączamy Rozlewisko. Symbol leniwego lata.
W tym roku mamy problem z ptakami. Bardzo polubiły nasze drzewa i krzaczory ale niestety często rozbijają nam się o okna. Część śmiertelnie, niektóre wychodzą z tego ze wstrząśnieniem dziobów. Ostatnio nawet dzięcioł.
Urokliwy był, nie powiem, ale czerwona kropka po prawej stronie zdjęcia to jego krew. Na szczęście odleciał, kiedy Ukochany chciał go przenieść w spokojne miejsce, aby wydobrzał.
Mamy też takie kwiatki:) Księgę ptaków studiujemy często i wychodzi nam, że to młode drozdy śpiewaki:)
Czy ja aby państwa nie nudzę?
Przekazałabym jeszcze trochę wieści z ogrodu chętnie, choć zrobił się lekki bigos postowy:)
Tyle wieści ze wsi kochani:) Aktualnie marzę już o urlopie nas Bałtykiem ale to jeszcze chwilka.
Dziękuję za wszystkie komentarze i za obecność. Serdecznie was pozdrawiam.
Tymczasem
Polinka
Wróciłam właśnie z ogrodu mojej przyjaciółki i poprawiło mi się z deczka. Kwestia jaka jest do omówienia to susza w moim ogrodzie i kłopot z hortensjami.
Już pisałam, że leję wodę na potęgę a mimo to straciłam kompletnie trawnik.
I choćbym nie wiem jak chciała wam pokazać moje zielone wnętrze to nie mogę, trawy brak.
Podpatruję u sąsiadów i zawsze mi się wydaje, że lepiej mają, a u mnie...lepiej nie mówić.
Otóż Marianna moja też tak ma:) Podlewa a efekty mizerne. Od razu mi się lepiej zrobiło. Nic tak nie cieszy jak nieszczęście bliźniego nie?;)
Mam oczywiście nadzieję, że nie traktujecie moich słów zbyt dosłownie...Prawda?
Jak u was po nocnej nawałnicy? Przeszła nad większością kraju, południe w dużych problemach utonęło. Jak u was? Wszystko gra?
Trzaski, wrzaski i błyskawice obudziły mnie o trzeciej. Przytomność nakazała odłączenie komputerów od prądu, bo swego czasu sporo się nasłuchałam o możliwościach burzy. Listwa przepięciowa niby jest, ale inni też mieli, więc wolę dmuchać na zimne. Potem pozostało już tylko upajać się możliwościami przyrody, wydając
ochy i achy. Na szczęście nie mam złych doświadczeń z burzą, jedynie w pierwszym roku mieszkania na wsi wiatr zerwał mi właz do komina:) Duło wtedy, że hej
i z wielkim świstem kawałek dachu odleciał do sąsiada. Do nas za to wpadła czyjaś brzoza, dobrze, że zatrzymała się przy płocie. Tyle w temacie.
Aktualne burze mnie cieszą bo u nas bardzo mało ogólnie pada. Ludzie mówią, że parafianie za mało na tacę kładą to i nie pada:) Bo skąd niby?;)
Salon mój zmienił lekko oblicze. Ma być cottage, w nutką czerwieni a mój babciny fotel bardziej wyeksponowany. Poniżej poranek w salonie. Lubię klimat porannego słońca:)
Ulubiony poranek. Słońce przyświeca, w kuchni parzy się kawa, hortensje pysznią się niebieskością. Tak rozumiem dom.
Ale dom to również obowiązki. Obrobiliśmy się z truskawkami więc czas na porzeczki. Porzeczki mamy własne bo przy planowaniu ogrodu szukaliśmy miejsca na owoce. Do tego agrest w odmianach, śliwki, jabłka, gruszki oraz morwę. Kompletnie nie sprawdziły się morele i brzoskwinie, nie chciały z nami być:)
Przetwory robimy rodzinnie. Maluchy zawodowo zbierają owoce, Ukochany zazwyczaj szypułkuje czy obrywa z gałązek a resztę robię ja. Rok w rok i nie planujemy tego zmienić. W tym sezonie, jak już wspominałam, stawiamy na duża ilość dżemów bo smaka mamy jak nigdy:)
Czerwienie, jak widzicie, trzymają się mnie mocno:) Zamówiłam już materiały w poziomki i truskawki i będę szyć dekoracje. Szał po prostu, tak, jakby Kaśka powiedziała:) Oczywiście nadal, maniakalnie, oglądamy Rozlewisko. To nic, że znamy teksty na pamięć:) Gotujemy bób i włączamy Rozlewisko. Symbol leniwego lata.
W tym roku mamy problem z ptakami. Bardzo polubiły nasze drzewa i krzaczory ale niestety często rozbijają nam się o okna. Część śmiertelnie, niektóre wychodzą z tego ze wstrząśnieniem dziobów. Ostatnio nawet dzięcioł.
Urokliwy był, nie powiem, ale czerwona kropka po prawej stronie zdjęcia to jego krew. Na szczęście odleciał, kiedy Ukochany chciał go przenieść w spokojne miejsce, aby wydobrzał.
Mamy też takie kwiatki:) Księgę ptaków studiujemy często i wychodzi nam, że to młode drozdy śpiewaki:)
Czy ja aby państwa nie nudzę?
Przekazałabym jeszcze trochę wieści z ogrodu chętnie, choć zrobił się lekki bigos postowy:)
Tyle wieści ze wsi kochani:) Aktualnie marzę już o urlopie nas Bałtykiem ale to jeszcze chwilka.
Dziękuję za wszystkie komentarze i za obecność. Serdecznie was pozdrawiam.
Tymczasem
Polinka
niedziela, 7 czerwca 2015
Romantyczny weekend
Nie ukrywam, że wpadam tu z lekko drżącym sercem...
Od jakiegoś czasu nie dopinam doby, padam zmęczona o 22-giej i zasypiam natychmiast.
Najważniejsza dla mnie zawsze była, jest i będzie rodzina. Musimy mieć czas na rozmowy, wspólne przebywanie czy wylegiwanie się w łóżku do południa.Łóżko nasze jest jak Arka, często siedzimy w nim całą rodziną, włączając sierściuchy:) Jakby trafiła się powódź to płyniemy wszyscy razem.:) Te chwile cementują i głęboko zapadają w pamięć.
Wolny weekend zaowocował cudownym wysiadywaniem w ogrodzie, pełnym relaksem pod niebieską chmurką. Pogoda rozpieszczała, odkryliśmy nowe gniazda ptasie w naszym ogrodzie. Bo należy wam wiedzieć, że co roku odchowujemy całkiem sporą ptasią rodzinkę. Swoje domy zakładają u nas sierpówki, kosy, rudziki a ostatnio nawet drozd śpiewak. Niestety jego gniazdo spadło w niewyjaśnionych okolicznościach a jajka się potłukły. Podstawą dla stworzenia dobrych warunków ptasim rodzinom jest duża ilość drzew i krzewów a u nas jest w zasadzie mały las. Podglądamy je chętnie, dajemy spokój a one odwdzięczają się cudnym śpiewem. Wspaniale jest wyjść do ogrodu z aromatyczną kawą w ręku o poranku i słuchać treli. O, patrz! Idzie kos, on u nas mieszka:) Mamy takiego jednego kolesia:)
Czy u was też taka susza? Wariactwo jakieś! Trawa w ogrodzie praktycznie zamarła, mam żółte pogorzelisko, kwiaty na rododendronie się zaszuszyły. Zadziwiające! Inna kwestia to oczywiście podlewać, ale ile? Raz dziennie nie wystarczyło a przy zwiększonej częstotliwości bałabym się o rachunek, czy udźwignę:) Ale póki co, pokazuję:)
Poduszkę uszyłam na prędce z materiałów otrzymanych od Eli. Spontanicznie, prosto
z serca wysłała do mnie paczkę ta genialna kobieta:) W środku morze kwiatów, które z całą pewnością wykorzystam do najmniejszej niteczki. Dziękuję Ci Elu najmocniej!
Serwetki ozdobione przez mnie koronką oraz mały obrusik też pochodzą z paczki:)
Truskawki, truskawki:) Jak ja lubię ten czas. Jemy na potęgę, pijemy na potęgę w koktailach. Za chwilę wezmę się za przetwory, aby zachować na cały rok ten cudowny smak.
Polecam również maseczkę to twarzy z truskawkowymi kwasami owocowymi, Wystarczy rozsmarować!
Nic na to nie poradzę, że romantyczną duszę otrzymałam w darze...:)
Lubię mieć wszędzie kwiatki i wszystko w kwiatki:)
Od dłuższego czasu tworzę takie klimaty i nie mam dosyć. Zdaje się, że tak pozostanie mimo wszelkich mód i trendów.
Jak wam minął weekend? Odpoczęliście trochę i rodziną się nacieszyliście?
Pozdrawiam Was gorąco, w wakacyjnym nastroju i buziaki od Babula przesyłam:)
Tymczasem
Polinka
Od jakiegoś czasu nie dopinam doby, padam zmęczona o 22-giej i zasypiam natychmiast.
Najważniejsza dla mnie zawsze była, jest i będzie rodzina. Musimy mieć czas na rozmowy, wspólne przebywanie czy wylegiwanie się w łóżku do południa.Łóżko nasze jest jak Arka, często siedzimy w nim całą rodziną, włączając sierściuchy:) Jakby trafiła się powódź to płyniemy wszyscy razem.:) Te chwile cementują i głęboko zapadają w pamięć.
Wolny weekend zaowocował cudownym wysiadywaniem w ogrodzie, pełnym relaksem pod niebieską chmurką. Pogoda rozpieszczała, odkryliśmy nowe gniazda ptasie w naszym ogrodzie. Bo należy wam wiedzieć, że co roku odchowujemy całkiem sporą ptasią rodzinkę. Swoje domy zakładają u nas sierpówki, kosy, rudziki a ostatnio nawet drozd śpiewak. Niestety jego gniazdo spadło w niewyjaśnionych okolicznościach a jajka się potłukły. Podstawą dla stworzenia dobrych warunków ptasim rodzinom jest duża ilość drzew i krzewów a u nas jest w zasadzie mały las. Podglądamy je chętnie, dajemy spokój a one odwdzięczają się cudnym śpiewem. Wspaniale jest wyjść do ogrodu z aromatyczną kawą w ręku o poranku i słuchać treli. O, patrz! Idzie kos, on u nas mieszka:) Mamy takiego jednego kolesia:)
Czy u was też taka susza? Wariactwo jakieś! Trawa w ogrodzie praktycznie zamarła, mam żółte pogorzelisko, kwiaty na rododendronie się zaszuszyły. Zadziwiające! Inna kwestia to oczywiście podlewać, ale ile? Raz dziennie nie wystarczyło a przy zwiększonej częstotliwości bałabym się o rachunek, czy udźwignę:) Ale póki co, pokazuję:)
Poduszkę uszyłam na prędce z materiałów otrzymanych od Eli. Spontanicznie, prosto
z serca wysłała do mnie paczkę ta genialna kobieta:) W środku morze kwiatów, które z całą pewnością wykorzystam do najmniejszej niteczki. Dziękuję Ci Elu najmocniej!
Serwetki ozdobione przez mnie koronką oraz mały obrusik też pochodzą z paczki:)
Truskawki, truskawki:) Jak ja lubię ten czas. Jemy na potęgę, pijemy na potęgę w koktailach. Za chwilę wezmę się za przetwory, aby zachować na cały rok ten cudowny smak.
Polecam również maseczkę to twarzy z truskawkowymi kwasami owocowymi, Wystarczy rozsmarować!
Nic na to nie poradzę, że romantyczną duszę otrzymałam w darze...:)
Lubię mieć wszędzie kwiatki i wszystko w kwiatki:)
Od dłuższego czasu tworzę takie klimaty i nie mam dosyć. Zdaje się, że tak pozostanie mimo wszelkich mód i trendów.
Jak wam minął weekend? Odpoczęliście trochę i rodziną się nacieszyliście?
Pozdrawiam Was gorąco, w wakacyjnym nastroju i buziaki od Babula przesyłam:)
Tymczasem
Polinka
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















