Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2016

Miłość

Interesuje mnie przyszłość, bo tam zamierzam spędzać resztę życia...
Czyż to nie powinno być motto każdego rozpoczynającego się dnia?

W moim życiu dziś smutna rocznica, dzień melancholii i patrzenia
w przeszłość.
Już  nie zadaję pytań typu: co by było, gdyby?
Dało się poskładać kawałki, poukładać na nowo, choć w sercu pozostała martwa pustka.
Wie każdy, kto stracił.
Miłość jedynie odczuwam... bo ona trwa tyle, ile życie drugiego.





17.02.1990

Pamiętajcie: Żaden motyl nie usiądzie na zaciśniętej pięści.
Apaczowo, najlepsze życzenia dla twojej mamy!
Tymczasem
Polinka







środa, 30 grudnia 2015

Na Nowy Rok!

Obietnice noworoczne - o nie, kochani, nie składam ich.
Nowy rok nic nie zmienia w moim życiu, poza tym, że lat mi przybywa. Nowy rok jest za to niezapisaną kartą, którą możemy wymyślić od początku. Możemy sobie obiecać pewne zmiany - panie zapewne pomyślą o zmianie wagi podobnie jak ja, panowie obiecają sobie wciąganie brzucha (ale jak to wytrzymać na dłuższą metę?) oraz poprawę umięśnienia torsu. Będziemy chcieli więcej się śmiać, bardziej kochać, mieć lepsze pensje bo dzięki nim zrealizujemy kolejne marzenia.
Chciałabym jednak, abyście nie oczekiwali od siebie zbyt dużo. Wchodząc
w nowy rok z superdietą zapewne niewiele osiągniecie, co najwyżej efekt jo-jo, co osobiście testuję każdej wiosny:) Możecie też poszukać lepiej płatnej pracy - trzymam kciuki, choć wiemy jak jest.
A uśmiech, dobre słowo, akceptacja siebie?
To zdecydowanie możecie osiągnąć! Każdego dnia powtarzajcie sobie, jak bardzo siebie lubicie, jacy jesteście mądrzy i jak dobrze Wam się układa. Bo czy faktycznie jest tak źle, jak niektórzy powtarzają?
Każdego dnia podarujcie sobie coś - chwilę dla siebie, pachnącą herbatę, czułe słowo. Zobaczycie, jak dobrze zaczniecie siebie postrzegać.
Zrobiłam kilka zdjęć, aby zapamiętać tę chwilę. Na zdjęciu 35-latka, lubiąca siebie i swoje życie. Akceptuję siebie i z każdym rokiem staram się sobie mniej wyrzucać. Bo czy to coś zmieni?



 

Mam nadzieję, że za rok powtórzę to samo.

Przyjmijcie najlepsze życzenia Szczęśliwego Nowego Roku!  Niech wszystko układa się po waszej myśli, spełniają marzenia, miejcie dobrych ludzi wokół siebie. Szampańskiej imprezy!



To będzie już mój czwarty rok z Wami. Dziękuję!
Tymczasem
Polinka

niedziela, 1 listopada 2015

Zatrzymać się

Pierwszy listopada...jak co roku odwiedzamy groby swoich bliskich, wspominamy.
Ludzie pozostają przy życiu dopóki są w sercach innych... Pierwszy listopada w tym roku przybrał dla mnie nowe oblicze, po części z racji obowiązków zawodowych, po drugie z pasji.
Mieszkam w ciekawym miejscu jeśli chodzi o wydarzenia historyczne, naznaczonym wojnami i tragedią ludzką. To rejon walk nad Bzurą czyli początku drugiej wojny światowej oraz pierwszych ataków gazowych
w roku 1915. 
Tu, niedaleko mnie, przebiegała linia frontu I Wojny Światowej.
Pod Bolimowem w powiecie sochaczewskim, 31 stycznia 1915 roku armia niemiecka po raz pierwszy użyła broni chemicznej.Ze względu jednak na niską temperaturę powietrza (-21 °C) gaz ten nie parował, w związku z czym atak okazał się nieskuteczny. Niespełna pół roku później, 31 maja 1915, miał miejsce największy na wschodnim froncie atak gazowy. Wojska niemieckie, między Bolimowem a Sochaczewem, użyły przeciwko armii rosyjskiej 264 ton ciekłego chloru wypuszczonego z 12 tysięcy butli rozmieszczonych przed linią okopów rosyjskich. Ilość ta ponad dwukrotnie przewyższała ilość gazu użytą podczas ataku gazowego przeprowadzonego w kwietniu 1915 pod Ypres. W ciągu kilkunastu minut zginęło kilka tysięcy osób (dokładna liczba jest nie do ustalenia). Wielu zmarło w szpitalach wskutek zatrucia gazem. Łącznie niemiecki atak gazowy pozbawił życia blisko 11 tysięcy ludzi.

Żyję wśród tych mogił w pewnym sensie a od jakiegoś czasu historia rejonu stała się moim konikiem.
Czytam, odwiedzam, przekazuję dzieciom.
Cmentarz z 1915 roku mam dosłownie za lasem.
Miejscowi nie przyznają się do tego miejsca, gmina nie dba, bo on niemiecki.Tak, Polski wtedy nie było, dopiero walczyliśmy o niepodległość. Wśród tych "niemców" wielu nosiło nazwiska polskie...
W czasie I Wojny Światowej zmuszeni zostali do służby w szeregach zaborczych armii i bratobójczej walki. Podczas wielomiesięcznych walk żołnierze obu stron walczących nad Bzurą i Rawką wychodząc z okopów po wodę krzyczeli po polsku, żeby do nich nie strzelać. Kronikarz tamtych czasów tak opisywał Boże Narodzenie w 1914 roku w okopach nad Bzurą i Rawką: "O Gwiazdka! (...) Bóg się rodzi! Przełamali się struclą białą polskie wojaki, wzięli się do śledzia, zakąsili razowym chlebem, potem podzielono pierniki i orzechy, dopiero potem Piotrek Sadzon, (...) zanucił wzruszony:
- Bóg się rodzi...
I o dziwo! Po chwili od okopów wrażych chór silnych głosów
podchwycił słowa pieśni i oba okopy rozbrzmiewały pieśnią prastarą...
- A słowo ciałem się stało
 i mieszkało między nami!" 


Jak widzicie, ten cmentarz tylko teoretycznie jest niemiecki.
W tym roku postanowiłam go posprzątać razem z kolegami z pracy
i nauczycielem historii z pobliskiego gimnazjum. Duch w narodzie nie ginie, młodzież bardzo chętnie się przyłączyła.
Trochę zdjęć archiwalnych oraz współczesne.


Na przełomie XIX i XX wieku w moje wsi działała cukrownia zatrudniająca prawie wszystkich okolicznych mieszkańców. Prężnie działający zakład stał się w czasie I wojny światowej lazaretem. Wielu rannych w czasie ataku gazowego (zmienił się wiatr i Niemcy zaatakowali samych siebie) zostało przewiezionych właśnie do cukrowni. Na zdjęciu archiwalnym pokazanym wyżej widać komin tej cukrowni, na pierwszym planie cmentarz. I choć ta historia to nie jest historia mojej rodziny, cieszę się, że mogę posiadać taką wiedzę. W budynkach, które nie zostały zburzone do dziś mieszkają ludzie,
w części jest skład węgla.
Po właścicielu cukrowni pozostał pomnik, który odwiedzam czasem. Zygmunt Lubiński h. Wieniawa. Polski szlachcic, potomek sejmu wielkiego. Barwna postać pozostająca w pamięci wielu mieszkańców.




Dlaczego ja to wszystko piszę? Bo ludzie żyją dopóki pozostają w sercach innych. Zachęcam do odwiedzenia grobów żołnierzy, zapalenia symbolicznego światła pamięci. Jesteśmy im to winni.


Dzisiejszy post bardzo różni się od dotychczasowych, wiem o tym. Zawsze jednak wychodziłam z założenia, że należy pisać o tym, co nas aktualnie zajmuje. Są wszakże wnętrza i zewnętrza...


Pozdrawiam Was serdecznie i dziękuję za wysłuchanie
Tymczasem
Polinka


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Najważniejsze w tym miesiącu

Kochani!
Nadszedł grudzień, jakby nie patrzeć:)
Dla większości z nas to miesiąc magiczny, rodzinny. W grudniu jesteśmy bliżej siebie, nasze serca są bardziej gorące. Wybaczamy i prosimy o wybaczenie, łatwo się wzruszamy oraz nachodzą nas różne refleksje. Myślę, że jesteśmy lepszymi ludźmi
w tym miesiącu... Bo grudzień to miesiąc podsumowań.

Naszło mnie na awdentowe odliczanie:)


Tym wieszadełkiem każdego tygodnia będę składać życzenia w innym języku, według pomysłu własnego. Zapalę lampy i lampeczki, świecidełka i świeczuszki.
Wracając do tytułu posta. Wiecie, co jest w tym miesiącu najważniejsze?
Bliskość pomiędzy ludźmi, okazywanie sobie przyjaźni i pomocy. To również czas, kiedy nie powinniśmy zapomnieć o ludziach samotnych. Za chwilę się obruszycie, że
o samotnych powinniśmy pamiętać cały rok.. To prawda, ale w grudniu bardziej, bo grudzień to miesiąc świąteczny. W święta nikt nie powinien być sam.
Poza tym, z każdym rokiem odkrywam, jak ważna jest otwartość na ludzi. Kochani, swoich drzwi nigdy nie warto zamykać człowiekowi. Warto być pozytywnie nastawionym bo nigdy nie wiadomo, kto czyha za rogiem. W myśl zasady- "nieznajomi to przyjaciele czekający na odkrycie". Tak więc z uśmiechem do wszystkich, serdecznie i miło
i nagle okaże się, ilu nieznajomych udało się udomowić na wspaniałych domówkach:) Do naszego grona dołączyli Ela i Paweł spod lasu:)
 Widzicie...ludzie to powinien być nasz kapitał. W razie potrzeby zawsze ktoś czeka po drugiej stronie kabla telefonicznego:)




Na koniec troszkę rękodzieła choć w klimacie nieświątecznym.
Pudełko na chusteczki dla przemiłej U. na którą ostatnio bardzo mogłam liczyć:)


I moje pudło na biżuterię po zdecydowanej renowacji.


Jedno i drugie jest postarzane metodą na cukier. Bardzo chciałabym wam ją polecić, daje niesamowite, zupełnie nowe efekty. Metoda jest bardzo prosta- najpierw malujemy ciemną warstwę, jak wyschnie- jasną i posypujemy cukrem póki świeże. Dajemy się wysuszyć a następnie trzemy.
Trzemy i trzemy, koliście i delikatnie. Koniecznie załóżcie rękawice ochronne bo odciski pojawiają się bardzo szybko. Nie polecam pocierania twardym przedmiotem gdyż cukier łatwo się robi puder:)
Te wszystkie ciapki na wieczkach pudełek powstały właśnie w ten sposób i co ciekawe, spodni kolor był czarny choć wygląda na niebieski.
Pożegnam się już, jednocześnie przypominając o ostatnich dniach CANDY.
Już za kilka dni, za dni parę...
Tymczasem
Polinka

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

O przyjaźni słów kilka

Im więcej dajesz tym większy się stajesz-
ponieważ dawać to nie znaczy tracić...

Przyszło mi takie motto do głowy:)
Chyba z Lubym moim mamy szczęście do ludzi wiecie? Latka lecą a nas otacza coraz więcej dobrych ludzi, pomocnych i bezinteresownych. Tak mi się nasunęło po minionym weekendzie nostalgicznie...
Jakiś miesiąc temu rozleciał nam się silnik w samochodzie. W mieście stolicznym, kilkadziesiąt kilometrów od domu, przy zjeździe z górki- sru i łubudu- pasek klinowy odszedł do wieczności, samochód umarł. Wystarczyło kilka telefonów. Walduś nasz ukochany na rowerze podjechał dzieci na lody zabrać, Paweł podholował już za Warszawę, gdzie podjechał Artur z lawetą. Do domu wróciliśmy pełni wdzięczności i szczęścia z posiadanego dobrodziejstwa. Bo tacy ludzie to dobrodziejstwo moi mili!
Kiedyś pewnie tak nie zabiegałam o przyjaźnie, jakoś wszystko leciało w wiecznym pędzie
i niezrozumieniu. Człowiek- dziś ten, jutro inny- takie życie w wielkim mieście. Poza tym młodym się było bardzo, rozpędzonym, po co sobie komplikować życie przywiązywaniem się do ludzi...
Dziś już tak nie myślę. Ludzie nas otaczający, serdeczni i dobrzy to prawdziwy skarb. A na ten skarb trzeba długo pracować.
Nie mamy wielu przyjaciół, ale posiadanych możemy nazwać prawdziwymi przyjaciółmi. To ludzie znani od lat, sprawdzeni, pomocni. Nam wystarcza taka grupa gdyż zawsze jest do kogo zadzwonić, pogadać, poradzić się, przy piwku spotkać. A latem bywa, że te piwka to co piątek;)
Zapisują mi się w sercu niektóre teksty. Pewnego dnia dzwonię do Marianny (nota bene żony Artura co nas na lawetę brał), że niestety spotkanie muszę odwołać bo niespodziewany wydatek się trafił i pustka w banku:) Następnego dnia pojawiła się z tekstem, że jedzenie mi przywiozła- jaja od kur i ogórki. Nie wiadomo- śmiać się czy płakać?
Mam w swoim życiu Marysię- wspaniałą babkę jeszcze ze szkoły średniej. Wszystkie pryszcze razem przeszłyśmy, miłości pierwsze i rozczarowania i mimo kontaktu opieszałego spotykamy się czasem, na śluby zapraszamy i rozwody;) Z tym to trochę żart ale wstyd mi bardzo było, kiedy nie mogłam dojechać na jej wesele na południu Austrii i niejakim amerykaninem: Bo dusze z moją Marysią podobne mamy;)
Mary ( bo ona dzisiaj Mary i z nazwiska obca:)) i ja już po przeprowadzce do aktualnego domu (kilka lat po skończeniu szkoły):


Mam podobne zdjęcie datowane dziesięć lat wcześniej:) Moja największa przyjaciółka z dawnych lat:)
Ale, ale, ja tu o sobie jak zawsze a nie w tym sęk:) Wczoraj wyjechał od nas serdeczny przyjaciel mojego męża z dzieciństwa. Wszystko razem przeżywali, kopali w piłkę, uczyli się pływać. Tyle godzin w garażu, piaskownicy. Pewnego dnia jednak każdy wybrał swoją drogę, inną. Ukochany wyjechał ze swojego miasta, rodzinę założył 250 km dalej. Kolega się śmieje, że tylko on został pilnować podwórka. I mimo wszelkich różnic po dwudziestu latach się spotkali:)
To był świetny, sympatyczny i bliski weekend. Koledzy żony mają, dzieci, czterdziecha na karku a gadają jak dzieciaki!




Dziękujemy za odwiedziny Pigmej...jeśli tu zajrzysz:)

Jesień nas smaga chłodną dłonią... w domu zaczynają powoli królować grzyby, wrzosy i ciepłe koce;)
To też czas rozrzucania nawozów do trawy.
Pierwsza wyprawa do lasu zaoowocowała sześcioma słoikami grzybów marynowanych:)



W prezencie najlepszy przepis na marynowane grzyby:

- szklanka octu
- 3 szklanki wody
- po łyżce cukru i soli
Grzyby oczyścić, pogotować 10 minut. Marynatę z powyższego przepisu zagotować. D słoików wrzucić- cebulę surową, liść laurowy i ziele angielskie, następnie ugotowane grzyby. Zalać marynatą, pasteryzować 5-10 min ( ocet dodatkowo konserwuje więc długo nie trzeba), odstawić do góry dnem:) Wszystko:)

Pozdrawiam gorąco, dziękuję na wszystko
Polinka tymczasem