Pokazywanie postów oznaczonych etykietą candy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą candy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lutego 2014

Hrabia Ledóchowski

Siatka Ledóchowskiego- metalowa siatka powstała z arkusza metalowego, powszechnie stosowana jako materiał podkładowy do tynków...
Chodziłam od dłuższego czasu, pytałam, w czoło się pukali. Nie trudno sobie wyobrazić, co się dzieje, jeśli w sklepie typowo męskim pojawia się kobieta i opowiada coś o siatce z oczkami
w kształcie plastra miodu... Chodziłam po wielu sklepach aż trafiłam. Co ciekawe o siatce Ledóchowskiego powiedziała druga kobieta, dogadałyśmy się czyli:)
Hm, Ledóchowski, to jakiś hrabia chyba był nie? Albo ksiądz czy coś?

Przejrzałam internet, przeniosłam się na chwilę w czasy jakże mi bliskie. Uwielbiam klimaty starych majątków, zarządców. Historie o tym, jak to kiedyś funkcjonowało, ile miejsc pracy dawało. Że wszyscy żyli jak wielka rodzina, każdy miał swoje miejsce. Był i subiekt, i pryncypał. Tak piękne słowa, które wyszły z użycia. Niestety nie dane jest mi żyć w tych czasach, a szkoda:)
Rozpoczęłam więc przygodę z hrabią pewnym:)
Mamy w blogowym świecie genialnie uzdolnioną ITĘ. Ilekroć zaglądam do niej żałość mnie wielka bierze, wielka i motywująca. Spod jej rąk wychodzą prawdziwe cacka, rupiecie w rarytasy zamienia. Na podstawie jej wzorca zrobiłam swoje pierwsze klosze z siatki hrabiego Ledóchowskiego, warszawskiego właściciela fabryki metalu. Jakże praktyczny wynalazek:)




Okno w sypialni zmieniło aranżację, jest bliżej wiosny i jakoś radośniej:) Dodam, że wszystkie drewniane elementy to efekt przeszukiwania pewnego sklepu ze starzyzną. Już zamówiłam wszelkie gałki, pourywane nóżki, tralki, deseczki, pudełeczka. Nigdy nie wiadomo, do czego się to przyda a kloszy zdecydowanie będzie więcej. Są takie romantyczne! Przy okazji trafił się drewniany świecznik i przeszedł lifting.


Wskazówka dla wszystkich chcących zająć się siatką Ledóchowskiego- nie zaczynajcie pracy bez rękawic ochronnych! Łapska mam tak pocięte i obolałe...ale mądry Polak po szkodzie:)

Miałam ostatnio wiele szczęścia i candy u MIKI wygrałam. W ten oto sposób w dniu 14 lutego dostałam prawdziwą walentynkę, choć ja raczej nie obchodzę tego święta. Miłością staram się otaczać każdego dnia bo bardzo mi z nią do twarzy:) Tym razem, chwilę po godzinie 17 (choć u mnie listonosz już wtedy raczej nie jeździ) otrzymałam serduszkowe pudło. Całe obklejone!
W środku serduszek moc, jak na serduszkową rozdawajkę przystało.


Wianek był kompletną niespodzianką. Rękawice będą należeć do tych ulubionych:)Serduszka już wykorzystane we wnętrzach. Dziękuję najmocniej Monisiu.
Nadchodzi dobry tydzień:) Mam wolne, więc czas zagospodaruję rękodziełem:)
Na koniec trochę mojej wsi. Tak "mieszkają" moje jaja i mleko u pani Basi. Co sobota praktykujemy wyjazdy do niej, więc jaja i mleko są wiejskie. I jakie smaczne!


Ściskam Was serdecznie, dziękuję za komentarze pod ostatnim postem i wielką pomoc w szukaniu kota. Jeszcze nie znalazłam nowego członka rodziny, ale co się odwlecze. Jakby ktoś słyszał o białej, puchatej kuli lub białym, puchatym dużym to ja chętnie:)
Tymczasem
Polinka
Ps. Nieustająco zapraszam na CANDY

wtorek, 4 lutego 2014

Urodziny i candy

Witajcie:)
Dziś czwarty lutego. Magiczna data wyznaczająca początek mojego nowego świata.
Czwartego lutego roku poprzedniego napisałam pierwszy post!
Jak było? Strasznie, na dziko i kompletnie spontanicznie. Blogger była dla mnie czarną magią
i pierwsze sporo godzin przesiedziałam kompletnie sfrustrowana.
Jak sobie poradzę w tym świecie? Jakby nie było, kompletnie obcym... To wielka różnica podglądać czyjeś zmagania, szczególnie anonimowo, ale napisać?
Nie mówię oczywiście o inteligencji ( wiecie, bo co jak co?!) :). Martwiłam się, czy będę miała
o czym pisać, czy ktoś tu w ogóle zajrzy. Czy spodoba się to, co piszę? W końcu internet to wielki supermarket...
Dziś mija rok.
Nie żałuję założenia bloga. To była dobra decyzja, choć faktycznie na początku nie miałąm specjalnie o tym pisać;) Teraz raczej brakuje czasu...
Kochani! Przez ten rok rozwinęłam się bardzo. Dom zmienił oblicze, robótki różne sypią się jak
z rękawa. Zdobyłam całkiem pokaźną kolekcję Laursena choć wcześniej wydawało mi się to zbyteczne. Weszłam w tajniki schabby chic, vintage, rozmalowałam się na maksa.
I najważniejsze!
Prowadzenie bloga, codzienny kontakt w Wami daje mi radość. Myślę, że jestem bardziej pogodna, spokojniejsza. Cieszy mnie więcej spraw bo... zaglądanie do Was, czytanie waszych komentarzy to jak codzienny kontakt z przyjaciółmi. Dobre słowa mają magiczną moc izdrawiania. Bo co by się nie działo zawsze jest ktoś, a nawet wiele osób, kto podniesie na duchu. I nie jest to przesłodzone!
To prawdziwe wsparcie i blogowa przyjaźń.
Przez ten rok wiele z Was zapisało się głęboko w mojej pamięci. Wasze życie jest w pewnym sensie częścią mojego, moje waszego. To fajna bliskość:)
Przez ten rok otrzymałam od was mnóstwo bezinteresownej pomocy. Jednej się chciało kubasy w Ikei dla mnie dokupić, drugiej podesłać katalog z inspiracjami do pokoju Młodego, trzecia mi przesłała wór z gąbką, czwarta zakładki zrobiła. Wy, moje kochane dziewczyny, wiecie, o kim piszę! Potem zaczęły się paczki świąteczne... Wiecie, jakie to miłe? Bo te prezenty są prosto z serca! Bezinteresownie!
Nie będę wymieniać osób, z którymi się czuję wybitnie związana...to Wy wszyscy, nieustająco zaglądający do mojego świata, piszący wspaniałe komentarze...
Dziękuję za ten rok! To był jeden z lepszych w moim życiu i proszę o więcej:)
W prezencie, choć nic nie jest w stanie oddać, zadośćuczynić za waszą przyjaźń....
Ogłaszam rozdawajkę.
Zrobiłam dla was wiosenny wianek, w uwielbianym ogólnie kolorze miętowym.
Własnoręcznie, a jak:)
Do tego podaruję Wam dwa jajeczniki, niebieskie Laursenowe, aby rozświetlić nadchodzącą wiosnę.




Zasady takie, jak wszędzie:)
 - zostawcie komentarz pod tym postem do 21 marca do północy zgłaszając chęć udziału w losowaniu
 - dodajcie mój blog do obserwowanych chyba, że już obserwujecie (publicznie) - dziękuję!
 - zamieście podlinkowany baner na swoim blogu
 - osoby nie posiadające bloga zostawiają adres mailowy w komentarzu.


Banerek do pobrania:




Losowanie odbędzie się 22 marca, po nim nastąpi natychmiastowa wysyłka:)
Zachęcam, zapraszam.
Ps. Jeśli liczba nowych obserwatorów znacznie wzrośnie to dorzucę miętową Laursenową miseczkę do musli:)
Miłej zabawy, mam nadzieję, że nagrody się spodobają:)
Polinka

poniedziałek, 30 września 2013

Droga do pracy i wyniki candy

"Jak minął dzień? Jak Ci się dziś pożyło?"
Nucę sobie Krawczyka całe popołudnie i wprowadza mnie nieustająco w dobry nastrój. To krzepiący, ciepły utwór nie uważacie?:)
Chcę Wam bardzo podziękować za komentarze pod ostatnim postem. Są ciepłe, wspierające, prawdziwie przyjacielskie. Ich magiczna moc dodała mi animuszu w załatwianiu mojej sprawy:)
Śpieszę poinformować, że nie udało się załatwić tzn umówić spotkania na następny dzień jak planowałam. Wróciłam do domu z twardym postanowieniem fight to the death!:) Na materace! Co wziąć na wojnę? Zostaw broń, zabierz makaron! Ojciec chrzestny to suma wszelkich mądrości jak wiadomo:) Wróciłam, na komentarze zerknęłam i myślę sobie: o matko, ile osób we mnie wierzy i kibicuje. Jakie cudne słowa oni piszą i od razu stałam się jeszcze większa. Złapałam moje canelloni i pognałam do pracy:) Załatwiłam wszystko, lepiej niż chciałam. Dyrektor zrozumiał moją chęć rozwoju i pracy na rzecz ogółu, ucieszył się, wizja majacząca mu się spodobała:) Wyszłam śpiewająca, uśmiechnięta z wiarą w lepsze jutro:) Jest dobrze, będzie jeszcze lepiej.:)
Ale Wam za komentarze naprawdę dziękuję:) Dodały sił, kiedy lekko wątpiłam. Ha! My tytani z internetu:)
Jak Wam minął dzień?
W drodze do pracy zobaczyłam niesamowity obraz. Jadę drogą wśród zamglonych lekko pól. Słońce oświetla gdzieniegdzie zawieszone pajęczyny a przy drodze spacerują dwa bażanty. Dookoła drzewa jesienią malowane na żółto, czerwono, pomarańczowo.Wyobraźcie sobie, jaki to był cudny widok!
Wracając z pracy wybrałam inną drogę, przez aleję klonów. O tej porze roku są czerwono- żółto- złoto-pomarańczowo.... piękne. Spróbuję jutro pofotografować moją drogę do pracy, bo wierzcie mi, jest co pokazać. I tak od powrotu z pracy nucę: jak minął dzień, jak ci się dziś pożyło?
Dziękuję, dobrze, pięknie jesiennie:)
Czas wrzucić jakąś ilustrację nie?:)
Pokażę Wam moją jesień. Jesień to jak wiadomo- grzyby, powidła, szuranie butów w liściach, spacery, babie lato, poranne mgły. Wybraliśmy się wczoraj rodzinnie do lasu.



Wiecie, że jesień można lubić? Kiedy spotkamy zadziwiającą kolorystykę liści? Kiedy nazbieramy cudownie błyszczących kasztanów? Kiedy poszuramy buciorami w liściach? No i...czy gorąca herbata nie smakuje najlepiej po jesiennym spacerze? Tak, ja lubię jesień. Szczególnie polską, złotą...grzybową:)

Widzicie grzyby w prawym górnym rogu? To opieńki moi drodzy. Znaczy się czas podgrzybków mija, zastępują je opieńki i gąski. To sygnał dla spóźnialskich, nadeszły ostatnie grzyby.
Zbieracie opieńki? Ja tak, od kilku lat. Nauczyła mnie sąsiadka bo wcześniej się bałam. W końcu blaszkowe. Potem bałam się tego, co luzie wypisują, że zdatne do spożycia dopiero po dwukrotnym przegotowaniu. Eeee, jak to ludzie gadają:) Powiem wam jedno- opieńki podane bezpośrednio z patelni, bez przegotowania to najpyszniejsze grzyby. Zaraz po smażonych kaniach of kors:) Polecam, poszukajcie, popytajcie i brzuchole napchajcie:) U mnie dziś na obiad było spagetti z opieńkami i śmietaną:) Zajadali wszyscy równo.
Gadu, gadu, rymci tymci...ja jak zawsze domknąć się nie mogę jak gadam o grzybach:)
Jesieni pięknej jeszcze troszkę:)


Chciałam po cichutku ale z wielkim entuzjazmem zapowiedzieć...REMONT:)
Rusza malowanie i cudowanie na dole. Skorzystaliśmy z promocji pewnego marketu i zakupiliśmy farby plus biała na sufit gratis. Oczywiście nie planowaliśmy tego specjalnie, remontowe wariacje podsyciła reklama:) I tak, około piątku łapiemy za wałki. Było szaro, będzie jaśminowo. Kuchnia też się odświeży, szafa z salonu pobieli. Ło matko! Dobrze, że kominka nie stawiamy jak to mamy w planach:) Promocji nie było na staromodne kafle:)

Kochani!
Wczoraj córa moja imieniny miała. Na początku pochwalę się malowidłem imieninkowym. Chciało babsko sowę, bo wszystko w sowy jest ostatnio na topie. No to matka namalowała:)

W imieniny córy również mijał termin zgłoszeń na candy.
Zgłosiło się Was mnóstwo i zdecydowanie ilość przerosła moje oczekiwania. Bardzo wam dziękuję:) Jestem szczęśliwa, dziękuję wszystkim, którzy chcecie na dłużej pozostać w tym miejscu. Zgłosiło się do losowania 137 osób:) Głowa pęka kochani!:) Mój blog zechciało zaobserwować prawie sto nowych osób:) Dziękuję Wam, przesyłam serdeczne uściski. Najbardziej jednak dziękuję tym, którzy są ze mną od początku. Szacun dla was i bądźcie nadal proszę.
Nie wiedziałam, jakim sposobem wylosować zwycięzce candy. Poleciłam więc dziecku, dziesięc lat skończyło i czytać potrafi. "Dziecko, zerknij w komentarze i wybierz jedną osobę. Kieruj się czymkolwiek chcesz- nickiem, treścią komentarza, numerem czy czym tylko".
Dziecko wybrało. Sowa Michalina ( a to taka sowa Michalina zdecydowanie) wyłoniła zwycięzcę.
Candy w Zieleniach wygrywa:

Dziękuję za udział, gratuluję wygranej. Poproszę o adres na maila i dodatkową podpowiedź. Czy masz ogródek? Nasiona cudnych kwiatów bardzo obrodziły więc chciałabym ci wysłać. Może nakarmisz pszczoły jak to robiłyśmy z dziewczynami wiosną?
Kochani, dziękuję wam za wszystko:) Muszę już lecieć bo poncho na drutach robię:) Zima idzie i zimno będzie a mnie znów pociągnęło do drutów. Włóczka nowa też dziś przyszła więc ręce mocniej świerzbią:) Druga połowa jesieni upłynie mi na otulaniu się w wełnę:) No i firanka, tak, też robię:)
Tymczasem
Wspaniałej jesieni:)

środa, 28 sierpnia 2013

Sztuka prostoty

Kochane istoty, stali zaglądacze i powiększające się grono nowych, miłych osób:)
Jeszcze nigdy nie zaczynałam tak posta, ale tym razem się złamię bo sytuacja jest wyjątkowa:)
Tak dobrze mi tu z Wami być. Dziękuję za wszystkie dobre słowa, za zainteresowanie i uwagę, za dowody sympatii, bezinteresowności, która mnie z waszej strony spotyka. Dzięki jak nie wiem co!:)
Dziś będzie o prostocie i umiarze. Co za tym idzie- za spokojem i szczęściem:)
Mam swoją krówkę, kilka kilometrów od domu. Spotykam się z krówką i jej właścicielką co poniedziałek i odbieram mleko. To wyjątkowe gospodarstwo, gdyż od początku miałam wrażenie, że wszystko tam się toczy harmonijnie. Są zwierzęta i ludzie, do tego pole i bociany. Oni ze sobą dobrze żyją i jakoś tak o siebie dbają. Możecie pomyśleć, że piszę głupoty, ale tak jest. Z tego gospodarstwa emanuje spokój i ziemskie spełnienie. Pani się uśmiecha, konik się uśmiecha, wszyscy mają czysto...etc) Zrobiłam im zdjęcia i pochwalę się, choć nie musicie tego komentować:) Chyba, że jedynie uznaniem dla mojego zidiocenia!:)
Jedno jest pewne- ja do nich strasznie chętnie jeżdżę a wracam pozytywnie podładowana:)

Odkryłam ostatnio, że największe szczęście daje mi umiar. Umiar w jedzeniu, zakupach, posiadaniu. Tysiące rzeczy zagracają moją głowę, denerwują. Nie potrafię i nie chcę żyć w chaosie. O ile przyjemniejsze jest otwarcie lodówki, w której jest tylko kilka superświeżych produktów i oczywiste jest, że na śniadanie jemy twarożek z rzodkiewką:) Gorzej, jeśli z lodówki wypada miliard produktów na granicy przydatności do spożycia bo w markecie była promocja. Właśnie, ja nie chcę tych promocji i zawalania mojego życia. W szafce w łazience 4 jednakowe szampony bo taniej wychodziło przy większej ilości. W kuchni wala się  makaron bo przecież się nie zepsuje a zapas to zapas. Taa, na wypadek wojny czy coś? Czy lepiej mieć sześćdziesiąt swetrów? A wróbelek ma jedną nóżkę bardziej?:)
Jak przestałam kwestię ogarniać to zaczęłam wyrzucać aby oczyścić swój świat. Może ktoś się będzie śmiał ale zrezygnowałam z cotygodniowych zakupów w markecie na rzecz wiejskiego sklepu w którym i tak ceny są podobne. To daje spokój, wiecie? Mieć tylko tyle, ile da się wykorzystać, ile potrzebujemy. I to dotyczy wszystkiego:)
Z tej okazji w moim sklepie pojawiły się różniaste patchworki. Kiedyś szyłam ich bardzo dużo, maszynie poświęcałam długie godziny. Kochany w głowę się stukał, kiedy zamawiałam pakę materiałów ze Stanów. Dziś za te materiały dziękuję bo są wspaniałej jakości ale kiedyś przez ocean szły.
Kochani moi. Jeśli macie ochotę na wielką wyprzedaż mojej skrzyni posagowej to zapraszam do SKLEPU. Wszystkie patchworki uszyłam własnoręcznie, w większości z materiałów najwyższej jakości znanych projektantów. Stosowałam wymyślne wzory, cięłam i gięłam na miarę swoim dawnych możliwości. Dziś już mnie nie cieszą jak dawniej ale może ucieszą was. Są praktycznie nowe, może chwilowo zdobiły moje mieszkanie. Otrzymacie je wyprane i wypieszczone, zgodne z opisem:) Zapraszam. Sukcesywnie pewnie będzie się ich pojawiać więcej. Tak, z powodu oczyszczania.


Pracuję cały czas nad wyglądem łazienki. Skoro ma być pokojem kąpielowym to podarowałam jej krzesło:) Samodzielnie wyszlifowałam, wybieliłam. Nie powiem, twarzowe:)


Cudnie miękkie gąbeczki też mnie zachwyciły, a co!:) Takie pasteLOVE.
Nie wiem, czy mam się chwalić mężem własnym:) Czy to wypada? Jeszcze urok jakiś rzucę:) Ale...
Kochany mój buduje Młodemu prawdziwe łoże marynarza, z bali. Strasznie się cieszę, bo hand made i to jakie! Normalnie nikt nie będzie miał takiego łóżka jak mój Młody:) O tym może w następnym poście bo mnie nie zniesiecie:)

W ostatnią niedzielę u mnie we wsi, w kościele a jak, odbył się cudny koncert. To tylko jeden z serii koncertów "W krainie Chopina". Już kiedyś pisałam, że mieszkam niedaleko Żelazowej Woli i u mnie wszystko jest Chopina albo od Chopina czy Chopinem nazwane. Fajne to niewątpliwie bo mam i dworek blisko i kościół, w którym Fryderyk był chrzczony. Często tam na rowerach jeździmy:) Z przyjemnością wybraliśmy się więc do kościoła.
Cóż to za wspaniali ludzie! Nie wiem, czy ktoś z kwartetu był starszy ode mnie:) Pełni pasji, fascynacji muzyką, uzdolnieni a na dodatek chcą poświęcić swoją niedzielę i w kościele grać. To takie niedzisiejsze w erze kultury disco polo. Więcej rzecz jasna w temacie wypowiadać się nie będę.:) Spędziłam godzinę w towarzystwie geniuszy saksofonowych z kwartetu Morfeusz:)To było prawdziwe przeżycie.
Piszę o tym, bo chcę was zaprosić na niedzielę. Oczywiście, jeśli wam po drodze.
Kolejny z koncertów odbędzie się w niedzielę 1 września o godzinie 16 z Żelazowej Woli. Jakieś 50 kilometrów od Warszawy w stronę Poznania. Tym razem międzynarodowi muzycy wykonają utwory Fryderyka Chopina, wszystko w otoczeniu pięknego parku. Myślę, że warto. Ja w każdym razie się wybieram:) Można usiąść na tarasie i się zasłuchać. Wstęp wolny co też jakąś zachęta jest.:)


Powoli na dziś kończę bo twardo zabrałam się za firaneczkę do sypialni. Hand made a co!:)
Za jakiś czas ją wydłubię:)

Ściskam was serdecznie, przypominam o CANDY. Bardzo dużo się tam was gromadzi za co dziękuję:) Przypominam jednak po cichutku o dodawaniu mojego bloga do obserwowanych bo chyba nie wszyscy o tym pamiętają:)
Tymczasem

środa, 14 sierpnia 2013

Romans z Whartonem

Drodzy mili...
Jesienią powiało i chłodem. Czas powoli wyciągać kocyki i przepalać w kominku:)
U mnie sierpień jak co roku. Od drugiej połowy żadne wyjazdy mi nie w głowie, za grzybami się rozglądam. Kupuję też pierwsze chryzantemy, gdyż lubię dekoracje z nich przed domem. Sukcesywnie dołożę wrzos i szyszki i może jakieś jesienne wianki:) Zauważam po sobie pewien rodzaj jesiennej melancholii. Starość kochani! Że taka tkliwa, rozmyślająca, rozmarzona, rozczochrana...
Opowiem wam o pewnej nowej miłości.
Williama Whartona zapewne większość czytelników zna. Ja też znam, od wielu lat, ale odkryłam go dopiero w tym roku. I tak czytam! Zawsze był dla  mnie lekko nudnawy, nie kumałam często o co mu biega i dokąd. Równolegle odkrywałam Jonathana Carrolla i to był strzał w dziesiątkę! Pochłaniałam każdą książkę, wyczekiwałam każdej premiery. Czytałam wszystko aż do czasu. Pewnego dnia dorosłam i realizm magiczny w jego wydaniu nie był już potrzebny. Poza tym autor zaczął się powtarzać. Puściłam ostatnie pięć powieści do czasu, kiedy  niedawno kupiłam jedną z nowszych książek za pięć złotych. Oj, nie, jednak mnie nudzi:)
Sięgnęłam po Whatorna i przepadłam bez wieści. Każda książka to opowieść dojrzałego mężczyzny w większy lub mniejszy sposób inspirowana własnym życiem. O miłości, przywiązaniu, odpowiedzialności, odchodzeniu, tragicznej śmierci córki, zięcia i wnucząt, o dojrzewaniu.
O życiu zwyczajnie. Nie wiem, czy to wiele, czy niewiele. Dla mnie wiele, gdyż cudownie czyta mi się jego opowieści przepełnione pasją, miłością, dojrzałością. Tak miło byłoby zamieszkać na barce ("Dom na Sekwanie"), urządzić święta w młynie ("Wieści"), wybrać się w daleką podróż do swoich korzeni ("Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy"), pogodzić się z odejściem rodziców ("Tato"),zakochać się bez pamięci ("Spóźnieni kochankowie"). Ostatnią pozycję polecam wszystkim szczególnie, gdyż zauroczyła mnie jeszcze w młodocianym życiu.
No i ( jeju, polonistka zawsze powtarzała, aby nie zaczynać znania od no) przejmująca powieść o stracie najbliższych. "Niezawinione śmierci" to historia złości i bólu, rozpaczy i gniewu a potem próba odpowiedzi na pytanie: dlaczego zginęła moja córka, zięć i dwoje wnucząt z powodu wypalania traw i jak żyjący mają sobie z tym poradzić.
Siedzę dalej w Whartonie, przepadłam na amen i chyba nie odpuszczę, póki nie skończę. To książki w piękny sposób dojrzałe, pisane przez szczęśliwego człowieka. Polecam. Zajrzyjcie do tych kart w jesienną słotę:)


Pojechał sobie wujek Orton ( pan w bibliotece używa takiej nomenklatury:)) na ostatnie wakacje:)


Wiecie, że mam nawet jedną jego książkę w odręcznym autografem? Zdobyłam chyba  w 1996 roku na spotkaniu autorskim w Stodole. Ha, dziś to już rarytaś bo autor zmarł kilka lat temu.
Niebawem może się lekko zagęścić kącik czytelniczy na blogu w związku ze zbliżającą się jesienią:)
Tymczasem kupiłam gołąbka pokoju, ozdabia donicę z różowymi chryzantemami.


Ciężko mi robić zdjęcia w ostatnim czasie, tym bardziej, że dzielę sprzęt z młodocianym. Nowego swojego aparatu dalej nie mam i pewnie teraz to się nie zmieni. Książki i przybory należy dzieciom do szkoły zakupić, więc wiecie, rozumiecie:)
Z młodocianym na jednym sprzęcie klawo jest:)

Ach, znów się rozpisałam...
Ściskam Was bardzo serdecznie. W następnym poście postaram się jakoś ogródek pokazać...
I w ogóle i w szczególe.
Przypominam o moim CANDY.
Buziaki
Polinka

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Candy, candy:)

Witajcie kochani
Kilka dni temu minęło sześć miesięcy od czasu, kiedy zaczęłam prowadzić bloga:)
Przez ten czas moje posty miały blisko 17500 wyświetleń, znalazło się 137 duszek chcących tu częściej zaglądać. Dobre duszki zostawiły prawie 1500 komentarzy...
Co z tego mam ja?
Olbrzymie przyśpieszenie w modernizacji domu, życia, rozwój osobisty i codzienny uśmiech, kiedy czytam to, co macie ochotę napisać pod każdym postem. Ha, zyskałam też wiernie czytającą szwagierkę:) Julitka, buzia wielka, uśmiechnięta dla ciebie:)
Chcę więc wam podziękować za te wszystkie doznania:)
Ogłaszam candy, bo cukierasy każdy lubi.

Zasady takie jak zawsze:
 - zostawcie komentarz pod tym postem do 29 września do północy zgłaszając chęć udziału w losowaniu
 - dodajcie mój blog do obserwowanych chyba, że już obserwujecie (publicznie) - dziękuję!
 - zamieście podlinkowany baner na swoim blogu
 - osoby nie posiadające bloga zostawiają adres mailowy w komentarzu.

Do wygrania: wiklinowy koszyk z trzema przegródkami i blaszanymi doniczkami w środku, cztery podkładki pod gorące kubaski oraz mosiężna kaczuszka.
Oto nagrody:








I banerek do pobrania:




Losowanie odbędzie się 30 września, dzień po imieninach mojej córki.
Zapraszam serdecznie:)