Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lutego 2015

Dziuniowatość to stan umysłu

Duszki moje!
Jak dotąd udaje mi się krok po kroku realizować zamierzenia, choć przyznam, że czasem zła na siebie jestem. Bo czy nie lepiej zwyczajnie usiąść sobie w kąciku, przez okno powyglądać? Chociaż wielokrotnie mam dość, ręce mnie bolą, w kręgosłupie łupie, stwierdzam jednak, że nie warto się przejmować, grunt, że cokolwiek stworzone powoduje prawdziwy uśmiech na twarzy i dumę z siebie. Bo najważniejsze to być w zgodzie z sobą i zwyczajnie się lubić, bez względu na to, co się ludziom wydaje. Staję przed lustrem, stwierdzam, że piękna jestem i zdolna więc...
do roboty Dziunia i nie piskaj!
Bardzo jestem z siebie dumna:) Polecam wam ten stan:) Tym bardziej, że wiosna idzie, za chwilę spojrzymy w szafy...no tak,znów  wyrosłam z deka. Nic to, ogólnie mówiąc kochać siebie to prawdziwa wartość. I tym samym robota idzie pełną parą a ja tylko czasem w czoło się puknę cichaczem choć do obłędu publicznie przyznać się nie mogę:)

Obietnicą ostatnią był kredens więc spełniam pośpiesznie...











Rozgorzała ogólna dyskusja na temat mojego fotela. Kobietki, no dziękuję wam bardzo  za wszystkie maile. Tapicerkę zrobiłam sama z kawałku lnu, taśmy z kuleczkami oraz transferu. Nieszczególnie trudne, dwa wieczory ręcznego obszywania. Poducha kupiona w Westwing. Aniu, specjalnie dla ciebie powtórka z rozrywki, tym razem w otoczeniu pradziadka zerkającego z portretu.



W tym momencie należy się zastanowić: mieć czy być?
Mieć to wiadomo, bo każdy chce mieć wedle swoich potrzeb:)
Ale być? No może w końcu zacząć być?
W ferworze malowania szaf (tak, tak, za chwilę ruszam), plecenia wianków, dekorowania kredensu zapomniałam, że również trzeba być.
Obiecałam sobie, że wrócę do czytania książek. Taa, bo ja kiedyś czytałam, nawet 10 pozycji miesięcznie a potem rozleniwiłam się, oczęta zapatrzyłam w bloga i tak...
Obietnica moja brzmi- co najmniej 10 książek rocznie. Wielka heca to nie będzie ale chociaż trochę szare komórki potrenuję.
Pozycja numer 1- "Dziunia".

Dziuniość to stan umysłu, który może być kłopotliwy. Nie ma twardych dowodów na zaraźliwy charakter dziuniości, jednak warto ostrzec. „Co mnie nie zabiło, to mnie rozśmieszyło” – napisała na ścianie Dziunia miesiąc przed swoją domniemaną śmiercią. Chodzą jednak słuchy, że wciąż żyje pustelniczo w jakimś zadupiu, żeby w dogodnym momencie napisać drugą część tej opowieści. Może zresztą już napisała. Książka, której się właśnie podejrzliwie przyglądasz zaczyna się zabawnie i niemal niewinnie. Ale z czasem coraz ponursza humorość przyprawia o skurcze przepony. Tak się dzieje, kiedy durny plemnik z głupawym jajeczkiem postanawiają zabawić się w dom. To się ludziom zdarza. Gorzej, jeśli zamiast normalnego dziecka ( jak u ludzi), na świat przychodzi Dziunia. Na kogo wypadnie, na tego bęc.

Jestem już w połowie. I może nie jest dokładnie tak, jak piszą, bo książka nie jest śmieszna. Dziuni przytrafiają się wszystkie patologie współczesnego świata, czarne chmury wiszą nad nią od dnia narodzin, jest brzydka i nad wyraz rozwinięta.  Książka jednak jest bardzo pozytywnie napisana. Dziunia się niczym nie martwi, łyka jak pelikan, śmieje się do całego świata. Pozytywna dziewczyna z Zadupia która potrafi wprowadzić w dobry nastrój mimo niewesołych zdarzeń.

" Przecież mówię, że jest pozbadnięta! Dziuni zaś flaki wywracały się od słuchania takich diagnoz. Kogo to obchodzi, co ja jestem- myślała.- Lepiej powiedź, gamoniu, jak przetrwać, kiedy ci łeb rozsadza od myślenia, bo nie możesz sprostać własnym standardom."

Czyli mniej więcej jak ze mną;) Próbuję sprostać własnym standardom:)

I jeszcze jeden cytat z Dziuni:

" W domu Buni mówiło się szeptem. Wszystko było bardzo, bardzo ciche, szarawe, jakby pokryte drobniutkim popiołem. Tak wygląda smutek domu, w którym umarły marzenia, chociaż kwiaty stoją na parapetach a zupa na stole."

Przyznacie, że niezłe?
Polecam wam tę książkę, wprowadza w dobry nastrój. Może otworzymy wspólny, międzyblogowy  kącik czytelniczy? Jedna książka w miesiącu bez większych zobowiązań? Kto chętny?
Na koniec kawałek wiosny w moim domu...to już chyba czas.Mam fioła na punkcie lamp!



Pozdrawiam Was gorąco,wiosny życzę i bardzo dziękuję, że tu wpadacie.
To dla mnie zaszczyt.
Tymczasem
Polinka

niedziela, 1 czerwca 2014

Widok z mojego okna

" -To co, będzie pani oglądać z rodziną?
Pani zdziwiona i zaskoczona odpowiedziała:
-Ja? Nie, nie będę.
-Dlaczego?!
- Bo ja...nie oglądam telewizji. My- poprawiła się.
- Ale...Czemu?!- zdziwił się kolega.
-Bo my nawet nie mamy telewizora.
Twarz kolegi była pełna najwyższego zdumienia i zainteresowania. Pani była współwłaścicielką znanej knajpy, nie stać jej na pudło?
- Sorki, że tak drążę- kolega musiał to sobie jakoś ułożyć w głowie- jak to, nie mają państwo TELEWIZORA?! To co wy robicie wieczorami?
Pani westchnęła i powiedziała:
- Mieszkamy w wielkim, przedwojennym mieszkaniu we trzy rodziny z małymi dzieciakami. Po powrocie z pracy każdy się czymś zajmuje- kuchnią, porządkami i dziećmi- są w różnym wieku. To domena ojców. Robimy wspólny posiłek, zjadamy go powoli, opowiadając sobie, co się działo z każdym z nas dzisiaj. Później zmywanie i dzieci odrabiają lekcje. Wieczorem, po kolacji, czytamy na głos książki albo sobie wspólnie muzykujemy, gramy w gry, szydełkujemy, szyjemy...jest przecież tyle ciekawych zajęć!
Po zwinięciu kamer itp. kolega szepnął kompletnie zszokowany:
- Ty... Jak jacyś amisze! Czy oni są normalni?
Żadni tam amisze. Nie rozumiał tego ich antyświata. On typowy japiszon nie rozumiał, że tak można, że to ucieczka, ratunek przed absurdami. Ich antyświat przeciw powszechnemu antyświatowi.
Dzisiaj (minęło sporo lat) kolega mieszka na wsi. Rzuca psu patyk na wielkiej łące i jest szczęśliwy..."

Posłużyłam się cytatem, musiałam wam to "przeczytać". To fragment książki, którą ostatnio pochłonęłam. Małgorzata Kalicińska "Widok z mojego okna".
Polecam wam bardzo, kilkadziesiąt felietonów na temat otaczającego świata, ciekawe, wyluzowane spojrzenie autorki. Do tego trochę przepisów na kuchnię " na winie" czyli co się pod rękę nawinie. Najluźniejsze gotowanie, jakie sobie można wyobrazić.
Kochani- Wy jesteście bardzo podobni do mnie i wiem, że dobrze rozumiecie co piszę. Ta książka pomogła mi zmierzyć się z ostatnimi absurdami nie mojego antyświata. Bo oni się niebawem pozagryzają, a ja? Uciekam na wieś...

Podzielę się z Wami popołudniem w ogrodzie.












Ten ogród to spełnienie marzeń o ciszy i spokoju w otoczeniu przyrody. Aż trudno pomyśleć, że kupiliśmy łyse pole. Siedem lat...choć nie zawsze z sukcesem;) Najgorzej z trawą i czasem myślę, że dobrym rozwiązaniem byłby trawnik z rolki bo tego nie przerastałby tak straszliwie perz:)
A! Wrzucę Wam zdjęcie, ku pokrzepieniu jeśli marzycie o takim zaciszu. W kilka lat da się zrobić.
Jeden problem jednak mam. Mam za małą działkę!:) Dziś kupiłabym siedlisko:)


Kochani, polecę jeszcze kawałek niedzieli złapać. Odezwę się niebawem z nowymi pomysłami:)
Dużo sił na cały tydzień Wam życzę i uśmiecham się do Was pełną gębą!
Idę jak Amisz pogadać z roślinami no i na kompot z rabarbaru:)
Tymczasem
Polinka

środa, 14 sierpnia 2013

Romans z Whartonem

Drodzy mili...
Jesienią powiało i chłodem. Czas powoli wyciągać kocyki i przepalać w kominku:)
U mnie sierpień jak co roku. Od drugiej połowy żadne wyjazdy mi nie w głowie, za grzybami się rozglądam. Kupuję też pierwsze chryzantemy, gdyż lubię dekoracje z nich przed domem. Sukcesywnie dołożę wrzos i szyszki i może jakieś jesienne wianki:) Zauważam po sobie pewien rodzaj jesiennej melancholii. Starość kochani! Że taka tkliwa, rozmyślająca, rozmarzona, rozczochrana...
Opowiem wam o pewnej nowej miłości.
Williama Whartona zapewne większość czytelników zna. Ja też znam, od wielu lat, ale odkryłam go dopiero w tym roku. I tak czytam! Zawsze był dla  mnie lekko nudnawy, nie kumałam często o co mu biega i dokąd. Równolegle odkrywałam Jonathana Carrolla i to był strzał w dziesiątkę! Pochłaniałam każdą książkę, wyczekiwałam każdej premiery. Czytałam wszystko aż do czasu. Pewnego dnia dorosłam i realizm magiczny w jego wydaniu nie był już potrzebny. Poza tym autor zaczął się powtarzać. Puściłam ostatnie pięć powieści do czasu, kiedy  niedawno kupiłam jedną z nowszych książek za pięć złotych. Oj, nie, jednak mnie nudzi:)
Sięgnęłam po Whatorna i przepadłam bez wieści. Każda książka to opowieść dojrzałego mężczyzny w większy lub mniejszy sposób inspirowana własnym życiem. O miłości, przywiązaniu, odpowiedzialności, odchodzeniu, tragicznej śmierci córki, zięcia i wnucząt, o dojrzewaniu.
O życiu zwyczajnie. Nie wiem, czy to wiele, czy niewiele. Dla mnie wiele, gdyż cudownie czyta mi się jego opowieści przepełnione pasją, miłością, dojrzałością. Tak miło byłoby zamieszkać na barce ("Dom na Sekwanie"), urządzić święta w młynie ("Wieści"), wybrać się w daleką podróż do swoich korzeni ("Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy"), pogodzić się z odejściem rodziców ("Tato"),zakochać się bez pamięci ("Spóźnieni kochankowie"). Ostatnią pozycję polecam wszystkim szczególnie, gdyż zauroczyła mnie jeszcze w młodocianym życiu.
No i ( jeju, polonistka zawsze powtarzała, aby nie zaczynać znania od no) przejmująca powieść o stracie najbliższych. "Niezawinione śmierci" to historia złości i bólu, rozpaczy i gniewu a potem próba odpowiedzi na pytanie: dlaczego zginęła moja córka, zięć i dwoje wnucząt z powodu wypalania traw i jak żyjący mają sobie z tym poradzić.
Siedzę dalej w Whartonie, przepadłam na amen i chyba nie odpuszczę, póki nie skończę. To książki w piękny sposób dojrzałe, pisane przez szczęśliwego człowieka. Polecam. Zajrzyjcie do tych kart w jesienną słotę:)


Pojechał sobie wujek Orton ( pan w bibliotece używa takiej nomenklatury:)) na ostatnie wakacje:)


Wiecie, że mam nawet jedną jego książkę w odręcznym autografem? Zdobyłam chyba  w 1996 roku na spotkaniu autorskim w Stodole. Ha, dziś to już rarytaś bo autor zmarł kilka lat temu.
Niebawem może się lekko zagęścić kącik czytelniczy na blogu w związku ze zbliżającą się jesienią:)
Tymczasem kupiłam gołąbka pokoju, ozdabia donicę z różowymi chryzantemami.


Ciężko mi robić zdjęcia w ostatnim czasie, tym bardziej, że dzielę sprzęt z młodocianym. Nowego swojego aparatu dalej nie mam i pewnie teraz to się nie zmieni. Książki i przybory należy dzieciom do szkoły zakupić, więc wiecie, rozumiecie:)
Z młodocianym na jednym sprzęcie klawo jest:)

Ach, znów się rozpisałam...
Ściskam Was bardzo serdecznie. W następnym poście postaram się jakoś ogródek pokazać...
I w ogóle i w szczególe.
Przypominam o moim CANDY.
Buziaki
Polinka

czwartek, 7 marca 2013

Nie igraj z naturą

Zastanawiam się.
Od wczoraj wiadomo o zaginionych na Broad Peak.
Bardzo współczuję rodzinom, współczuję im samym. Przed oczami stoi mi jednak książka, która czytałam kilka miesięcy temu. Pamiętnik himalaisty oraz żony himalaisty którego pochłonęły góry. Olga i Piotr Morawscy "Od początku do końca"

Czytałam, płakałam, wściekałam się, współczułam, potępiałam, podziwiałam.
Dokladnie taka jest ta książka.
Obserwujemy życie himalaisty i z himalaistą od strony kobiety i matki oraz kompletnego pasjonata.  To historia wielkiej miłości, masy poświęceń, egoizmu (tak!), którego ja nie rozumiem.
Facet musi, natura go wzywa. Ma swoją pasję i ma odwagę całkowicie się jej poświęcić.
Kobieta? Też musi. Dostosować swoje życie do poczucia wiecznego zagrożenia, wielkiej niewiadomej. Takie życie to również samotność. Codziennie sama, dzieci się rodzą, pory roku zmieniają a ona sama. Obserwujemy jej dojrzewanie. Z każdym rokiem coraz lepiej radzi sobie ze sobą, oddalają się od siebie.Pamiętam jej stwierdzenie, że kiedy mąż zjawia się w domu to nie może się odnaleźć, szuka swojego miejsca jednocześnie planując kolejna wyprawę.
Pewnego dnia odpada ze ścianki i na zawsze zostaje w górach.Dhaulagiri to jego wieczny dom.
Książka zapadła mi głęboko w pamięci.
Polecam tę pozycję.

Teraz dowiadujemy się o zaginionych w Karakorum. Mam wrażenie, że trochę wiem o ich życiu. Przypuszczam, że podobnie patrzą na życie jak Piotr Morawski. I chyba tego nie rozumiem.
Jednocześnie mam nadzieję, że sie odnajdą, że nie postawimy kolejnego krzyża w górach. Mocno trzymam kciuki.
Z natura nie ma żartów.

Jak to mówią ludzie gór- ZWYCIĘŻYĆ ZNACZY PRZEŻYĆ.


środa, 6 marca 2013

Celebrowanie po skandynawsku



Witajcie
Weszłam w posiadanie wspaniałej książki.
"Smaki z Fjallbacki" Camilli Lackbreg i jej przyjaciela z dzieciństwa Christiana Hellberga.
To pozycja wyjątkowa, wprowadzająca w klimaty  skandynawskie, do świata ludzi którzy lubią życie, siebie i potrafią to celebrować.
To w zasadzie książka kucharska... Przepisów tam cała masa ale jest jeszcze coś. Dla mnie lepsze niż te wszystkie dania. Miłość. Z tej książki bije miłość. Do rodziny, przyjaciół, swojego kraju i tradycji. Znajdziemy w niej historie rodzinne, wspomnienia przyjaciół. To sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa autorki kryminałów. Zapewne każdy z nas ma swoje ukochane danie wiążące się jednoznacznie z jego dzieciństwem, najlepszymi wspomnieniami.
Ta książka taka jest.
Jeśli dodamy do tego magiczne zdjęcia, krajobrazy (które nota bene bardzo lubię) to da wyjdą nam Smaki Fjallbacki.
Dla mnie to jedna z lepszych pozycji.
Na zachętę kilka przykładowych fotografii.









Na dodatek taki przystojny człowiek północy:)



Może ktoś skorzysta:)
Uściski