Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowerem przez świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowerem przez świat. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2022

Chill out - czyli o miłości rodziców do siebie wzajemnie

Dziś chciałabym poruszyć kolejny ważny temat, mianowicie bliskość
w małżeństwie, utrzymywanie relacji po opuszczeniu domu przez dzieci.

Na początku związku jesteśmy zauroczeni naszym partnerem, czujemy motyle
w brzuchu. Staramy się, myślimy, wariujemy, żyć bez siebie nie możemy. Nasze życie to karuzela myśli - czy on/ona kocha mnie tak samo, jak ja jego. Chodzimy na randki, piszemy sms, dzwonimy, jednym słowem usychamy bez siebie:)

Zauroczenie przeradza się w miłość, on ze wzruszeniem oświadcza się, ona
z rumieńcem na twarzy przyjmuje pierścionek. Bajka kończy się ślubnym kobiercem.

Znacie te sprawy:) Budujemy dom, na świat przychodzą nasze dzieci, karuzela się rozpędza. Nie chodzi mi o jakieś wielkie rozwodzenie się nad tematem, istotą związku, problemami z tym związanymi. Wiadomo, mamy dom, pracę, dzieci i tysiąc spraw do załatwienia. 

Nie zawsze w tym momencie starcza nam czasu czy sił na bycie ze sobą, pielęgnowanie uczucia. Dzieci, sprawy- to staje się sensem naszego świata. I oczywiście dobrze, że tak się dzieje, dzieci i nasz świat jest ważny...mija dwadzieścia lat.
To, jak dbaliśmy o nasz związek i uczucie między nami najbardziej zaprocentuje właśnie w momencie, kiedy nasze dzieci zaczną powoli usamodzielniać się, opuszczać dom rodzinny. Wtedy dowiemy się, czy między nami jest miłość, czy się przyjaźnimy i czy odpowiada nam spędzanie czasu, którego nagle mamy nadprogramowo. Już nie kręci się ten czas wokół dzieci.

Pętla życia się zatoczy, i znów mamy czas na randki.

Ja, mój związek właśnie wchodzi w taki okres.

Starsze Maleństwo dostało się na studia, ma głowę pełną marzeń i silną potrzebę zarabiania pieniędzy. W związku z tym przez okres wakacyjny pracuje "od deski do deski" i pojawia się w domu późnym wieczorem. Młodsze Maleństwo, licealista również wszedł na swoją drogę. Od kilku dni szaleje
z kolegami z grupy rekonstrukcyjnej, w domu nie bywa, wojsko go wciągnęło na maska. Nawet telefonu nie odbierze, nie ma czasu.:)

I zostaliśmy my- rodzice. Z dużą ilością czasu dla siebie, nie powiem,
z euforią również.

Wspólnie spędzamy czas.

Cieszę się, że w naszym małżeństwie zachowaliśmy dawny żar, że się lubimy. Dwadzieścia wspólnych lat mocno nas scementowało, jesteśmy dla siebie ważni. I choć czasem potrzebujemy sobie przypomnieć, jak bardzo jesteśmy ważni, to wspólne chwile pokazują siłę naszego związku.
Jestem dumna, jestem wdzięczna mojemu mężowi, że jesteśmy razem i że to dla nas wszystko.

Mamy swoje rytuały, wspólne sprawy, poczucie humoru. Wielokrotnie myślimy
o tych samych rzeczach w jednakowym czasie, dzwonimy do siebie w tym samym momencie. Mamy podobny gust, wrażliwość na świat i muzykę. Jesteśmy jak bliźnięta w dobrym tego słowa znaczeniu.  I jestem bardzo dumna z pracy, jaką wykonaliśmy przez nasze dwadzieścia lat, że nie zagubiliśmy się po drodze.

Ti amo amore....ale ty wiesz! 

Tak więc spędzamy wspólnie czas, głównie na wycieczkach rowerowych, piknikach nad wodą i oglądaniu zachodów słońca. 


Wiecie, jaki świat jest piękny, kiedy o zmroku pędzisz na rowerze, 20 kilometrów od domu, bo dziecko za chwilę wróci z pracy? Z uśmiechem, zrelaksowani, pędzimy tulić córkę, wysłuchiwać jej ważnych spraw. Jedziemy do naszego domu, domu stworzonego z miłości. Pracowaliśmy na to 20 lat.

 Przesyłam dużo ciepłych uczuć na nadchodzący tydzień.

Tymczasem

Polinka


poniedziałek, 20 lipca 2015

Dom się zmienia, kraj nie:)

Jak ten czas leci na Boga!
Przez ostatnie dni spędzałam czas pod gruszą. Tak mniej więcej pod gruszą, bo u mnie nie ma tradycyjnego podwórka ze stołem pod gruszą, a szkoda:)
Podczas wycieczek rowerowych tęsknie zerkam na takie domostwa i marzy mi się zsiadłe mleko z ziemniakami, od babci, choć nigdy takiej nie miałam. Nie dane mi było wyjeżdżać do dziadków na wieś, moje "dziadostwo" miejskie było a ja chętnie bym tak dziś odpoczęła, posłuchała opowieści, napiła się kompotu lub wody ze studni...

Pozostaje powzdychać i pocieszyć się z wami z innych spraw. Artykuł o moim domu na stronie werandacountry.pl był w ostatnim czasie najchętniej wyświetlanym. Bardzo wam dziękuję za ten wynik, bo to dokładnie wasza zasługa. Oczywiście nie wspominając, jak bardzo ważni jesteście dla mnie nie tylko tam. Tu, na blogu nawet bardziej:) Bardzo lubię to miejsce i moje obcowanie z wami, wiecie? Przy okazji na stronie Werandy (klik) możecie przeczytać kilka słów ode mnie,
o stylu i urządzaniu, o najważniejszych rzeczach w moim świecie. Zapraszam!

Ukochamy tymczasem zrobił drzwi. Miały być malowane, bielone, ozdabiane, ale nie będą. Spodobały mi się takie, w pół drogi. Dziecku chyba trochę mniej, patrzy ze zdziwieniem, ale cóż- matka dziwna ale własna:)




Króliczek wiszący na ścianie to  piękny prezent od Małgosi Ma-Kesz  z bloga Czas oskrapowany.
Cudowny Uszaty w dżinsowych kolorach, idealny na lato. Przepięknie mi pasuje do muszli i morskiego piasku, więc już za chwilę pojedzie ze mną na sesję nadmorską:) Gosiu, dziękuję ci najmocniej! Twoje serce nie ma granic! Zerknijcie do Małgosi, choć ją pewnie znacie.


Pochwalę się wam hortensjami. Uwielbiam je od wielu lat i próbuję uprawiać. Na jedenaście krzaków w ogrodzie w tym roku zakwitły cztery i niestety nie jest to wynik godny mistrzów. Staram się bardziej rygorystycznie do nich podchodzić i już nie słuchać ludzkich rad, że hortensje to wszędzie i zawsze będą kwitnąc. Otóż nie!
Hortensje nienawidzą suszy po pierwsze primo. Podlewanie w ostanie upały dwa razy dziennie to niewiele. Może to jest właśnie przyczyna moich niepowodzeń, bardzo chciałabym w to wierzyć.
Moje kobietki chyba nie lubią obornika, tak zaobserwowałam na organiźmie, za to uwielbiają nawóz zakwaszający. Nadal zgłębiam tajniki odnośnie cienia, półcienia bo pełne słońce to nie ich klimaty, chociaż taka jedna  babeczka ( z grupy wsparcia) posadziła na środku ogródka i efekty ma, że hej:) Sadzić w torfie? Nie wiem- w tym roku wszystkie przesadzone ładowałam do tofu choć jedna zakwitła w zwykłej ziemi. Poradźcie, błagam:) Tylko poważne oferty proszę:)
Póki co zerwałam do wazonu, własne:)
Różowa i biała Annabelle ( różową polecam szczególnie), cudowna stożkowa Grandiflora, Bouquet Rose pięknie przebarwiająca się.
Jeszcze się zastanawiam, może doradzicie- czy królowe lubią sąsiadów czy terytorialne? Chyba nie lubią zbyt gęsto rosnąć prawda?



Lato to oczywiście czas wycieczek rowerowych. Wielokrotnie zachęcałam was do zwiedzania swoich okolic ale nasze ostatnie odkrycie pokonało wszystkie dotychczasowe.
Wiecie, mieszkam daleko od wszystkiego- nad morze jakieś 400km, w góry podobnie. Jeziora po 200 km. Cóż, nie wybraliśmy chyba najlepszej lokalizacji:)
Tymczasem, całkiem niedaleko, odległość rowerowa, odkyliśmy  rozlewisko Wisły. Plaże, ciepła, płytka woda do taplania się. Posiedzieć, zrelaksować się, ochłodzić. Zapraszam na wycieczkę:)






Oj, tam, oj tam:)
Takie wycieczki pozwalają obserwować, że Polska jednak nie wszędzie się zmienia. Czterdzieści lat minęło, jak jeden dzień:)


Pan również w markowym sweterku:) Fotografowany z ukrycia...



W zasadzie niech się nie zmienia:) Lubię ten nasz lokalny sentyment:)

Kochani!

Znikam na tydzień. Jadę nacieszyć się widokami, pospacerować, odpocząć.
Przywiozę nadmorskie patyki na wianki.
Marzyłam o tym cały rok!
Dziękuję za wszystkie komentarze, waszą obecność.
Tymczasem
Polinka




wtorek, 30 czerwca 2015

Dekoracje, dekoracje

Duszki moje, Duszyczki!
Im jestem starsza, tym mniej rzeczy mnie dziwi wiecie?
Przechodzę coraz częściej obojętnie wobec nieżyczliwości, złośliwości, głupoty, którą kierują wobec mnie różni ludzie. Wiadomo- ten miał gorszy dzień, tamtemu sznurówka się rozwiązała, kolejny jest przewrażliwiony na swoim punkcie. Cóż, kochani, wisi mi to coraz częściej, choć kiedyś by złościło. Zatruwałabym sobie myśli, gryzła się.
A dziś? Spoko wodza! Przecież to mnie tylko dotyka czasem, jest fragmentem. I to fragmentem nie mojego świata:)
Z każdym rokiem uczę się mieć więcej cierpliwości dla siebie i innych, więcej pokory, dystansu do siebie. Bo umieć śmiać się z samego siebie to sztuka, wiecie?
Polecam sobie i wam, na zawsze. Śmiejcie się w głos, nie traktujcie siebie zbyt poważnie:)

Tak sobie pogadałam a tymczasem chciałam wam polecić sklepik z dekoracjami do domu.
Panią Małgosię poznałam przez przypadek. Cudowna kobieta, pełna ciepła i dobrej energii. Prowadzi sklep oferujący między innymi produkty Green Gate a ja ostatnio kupuję namiętnie serwetki i szmateczki:) Cacko ze sklepu Passion4home. Zajrzyjcie koniecznie!


Serwetkę przewiesiłam przez bardzo stare drzwi, których stałam się posiadaczką:) Nie mogę się doczekać aż staną się dekoracją domu. Marzyłam o nich od dłuższego czasu a teraz zwyczajnie wpadły mi w ręce:) Dam im drugie życie choć wcześniej trochę pracy przede mną:) Ale co tam! Opalarka nie jadowity wąż:)

Zakończył się rok szkolny:) Dzieciaki mają labę, matki mają labę od spraw szkolnych.
Córcia moja, Michalina Wspaniała skończyła piątą klasę ze średnią 5,27. Jestem z niej nieprawdopodobnie dumna! Tatuś, jak widać, też się cieszy:)


Z okazji wakacji, skoro więcej czasu będziecie miały (przynajmniej część z was) przygotowałam dla was mały kursik na pogodny dzień.

Jak w pięć minut zrobić świecznik lub romantyczny wazon.
Bierzemy:
-jakieś szkło- wazon, uroczy słoik
- starą bądź nową serwetkę koronkową
- klej typu wikol
- papierowe kwiatuszki, tasiemki, wstążki, nożyczki


Mocujemy koronkę do wazonu za pomocą kleju, ew przywiązujemy wstążkami, sznurkami. Wiążemy kokardy, mocujemy kwiatki według uznania. Tadam- dekoracja w pięć minut!








Staramy się również jeździć na rowerach choć ostatnio to trochę problematyczne.
Odkąd pies Fred został sam (bez Luisa) gryzie nam przeraźliwie drzwi. Staram się nie dać zwariować ale każde wyjście to straty. Jak oduczyć Dziada niszczenia domu pod nieobecność właścicieli? Macie jakieś doświadczenia? Bardzo proszę o radę:)




Krowa, krowa...Często pojawia się na moich zdjęciach choć zwierzę to, dzięki UE, staje się powoli przeszłością. Trudno kupić mleko, bo hodowle zlikwidowane (krowa w kafelkach ma lepszych mieszkać niż właściciel) a jeśli są krowy to z kwotą mleczną. Nie sprzedają, bo jak do skupu oddadzą mniej niż zakontaktowane to kary będą. Jak więcej to zresztą też. Ot, Unia Europejska...


Polecę już kochani serdecznie Was pozdrawiając.
Trzymajcie się dobrze, wypoczywajcie, cieszcie się słońcem!
W następnym poście więcej domu i ogrodu, przyłożę się konkretnie:)
Tymczasem
Polinka

poniedziałek, 20 października 2014

O wielu ważnych sprawach... w skrócie

Kochani moi, mili...
Już witałam się z gąską, już kobyłka u płota stała i schody miałam pokazać. Po przejrzeniu zdjęć muszę jednak całą imprezę przełożyć, są słabe niestety. Za mało światła, przestrzeni, ostrości. Chyba do następnego posta będę nad kwestią pracować:) Schody w każdym razie są. Praktycznie takie, jak chciałam. Dębowe, opaski białe, na półpiętrze pokoik krasnoludka czyli zachowanek. Uwielbiam to słowo, u mnie w domu tak się mówiło. Takie małe coś przy kuchni w domu na działce (współczesny język nazwałby to spiżarnią) mama nazywała zachowankiem. Cudnie:)
Tak więc na półpiętrze zamieszkał pewien Hobbit, umorusany powidłami, pilnujący kiszonych ogórków. Pokażę w następnym poście, a dziś tylko się pocieszę się z niego:). Zadowolenie ze strony Kochanego zdecydowanie potęguje efekt.
Nic to!
Z dumą stwierdzam, że mój dom z każdym rokiem staje się coraz bardziej mój. Czytałam ostatnio różne artykuły wnętrzarskie, które praktycznie wprowadziły mnie w zdumienie. Okazuje się, że naturalne powinno być wieczne zmienianie dekoracji, podążanie za nowinkami i nie mogę się
z tym zgodzić. Moim zdaniem nasz dom powinien być ostoją, ciepłym siedliskiem, domem pełnym wspomnień i dobrych energii. Taki spokój możemy osiągnąć tylko zasiedlając go, udomawiając, kolekcjonując przedmioty dobrze nam się kojarzące. Bo dopiero po latach docenimy filiżankę, w której babcia rano piła herbatę, obraz namalowany przez dzielną ciocię z Wąchocka, pierwszy pukiel włosów ucięty z głowy dziecka i schowany w albumie. Ja mam taki pukiel w swoich zbiorach- i mój i córki. A koc, niekoniecznie wg najnowszych trendów będzie tak samo ciepły jak dawniej, przypomni nam się zeszłoroczna wigilia. Dziś doceniam to po stokroć, robię się sentymentalna jak piorun co by nie powiedzieć cholera:) Bo na tym polega dom prawda?  A rośliny doniczkowe jako relikt PRL'u to ja już zupełnie nie rozumiem. W moim domu zawsze było ich mnóstwo, kupuje je chętnie, znane mi domy też je mają. Czym jest dom bez kwiatów? Nie wiem... Pojechało mi się troszkę:)
Ale... Mam zaległości w pokazywaniu wytworów ręcznych, oj. Bo tak to jest z blogowaniem, że czas nie wiadomo gdzie ucieka, dni lecą jak szalone aby pewnego dnia się zdziwić, że już tak późno:)
Pudełeczko pierwsze z serii:


Koleżanki, siedmioletnie panny z synka klasy zapragnęły mieć pudełka na przybory do włosów, więc problem żaden:) Miały być magiczne, pełne wróżek, więc dołożyłam jeszcze zaklęcia:)




Jesień pełną gębą moi mili. Dziś wiało niemiłosiernie, liście spadały, ścieliły się dywany. Ogród
w jesiennej szacie, pewnie też cieszy kolorami, bo co ma robić:) Dziękuję za żywiołową dyskusję
o tarasach, wysłuchałam każdej opinii. Na wiosnę przejdzie kolejną metamorfozę a tymczasem...


I jeszcze wycieczką po okolicy się pochwalę. Jak zawsze zachęcam was do penetrowania swoich miejscowości. Można trafić na prawdziwe perełki i znaleziska. Polska to naprawdę piękny kraj:)
Wycieczkę rowerową odbyliśmy wczoraj, niedaleko, do dziesięciu kilometrów jedną stronę. Byliśmy bardzo zaskoczeni, po ośmiu latach dopiero tam dotarliśmy. Miejscowość o nawie mało malowniczej Stare Budy. Czyżby od dawnych domów Olenderskich? W takiej budzie to ja mogę mieszkać:) Musicie wiedzieć, że mieszkam na granicy dawnych zaborów. Dosłownie obok, we wsi niedaleko był punkt graniczny zaborów dzielących nas na pół. Okolica posiada ciekawą historię, którą z przyjemnością zgłębiam od jakiegoś czasu:) Mam przyjemność znać mądrą osobę, która nie szczędzi czasu ani pieniędzy na wydawanie książek o historii parafii, okolic. I choć ktoś mógłby powiedzieć, że nie jest to parafia moich przodków...kochani, ale to jest parafia moich dzieci, więc wiedzę warto mieć:) Dla mnie to bajka!:) Uwielbiam dawne opowieści, zasnute kurzem historii, majątki i ich historie. W mojej wsi kiedyś była cukrownia zatrudniająca całą okolicę. Teraz, z okazji święta Zmarłych zabiorę dzieci na groby dawnych właścicieli, poopowiadam im. Bo historię swoją trzeba znać:)
Zapraszam Was do "starych bud" hihi:)





Już pisałam, że naprawdę często napotykam na domy opuszczone niestety. Doprawdy nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Na cale szczęście w waszych okolicach nie ma tylu pustostanów, o czym mi kiedyś mówiłyście.




Wyszedł mi post o wszystkim, ale zdecydowanie chciałam wam to pokazać. Warto rozglądać się dookoła, doskonalić swoje możliwości, mieć wieczną wiarę w realizację nawet najśmielszych celów. Bo jak ktoś nie ma marzeń...Ale przecież to nie o Was moi czytelnicy:)
Dziękuję
Buziaki wysyłam w otulinie mojej jesieni
Tymczasem
Polinka

czwartek, 11 września 2014

Dom osamotniony

Czy zastanawiacie się czasem nad opuszczonymi domami?
W moim otoczeniu jest takich bardzo dużo, wystarczy trochę po okolicy pokrążyć.
Zazwyczaj są to domy dwuizbowe, bez centralnego ogrzewania, zapuszczone, podupadające.
Jest w nich jakaś magia i jakiś strach...
Po czym można poznać, że w zaroślach stoi dom, choć go nie widać? Po krzakach bzu. Zwróćcie uwagę, że dookoła domu sadzono drzewa owocowe a od strony drogi bez. Pięknie pachniał w maju.
Dziś domu nie widać, chaszcze i bałagan ale jest bez. Jak bez to i dom.
W ostatni weekend jeździliśmy na rowerze w poszukiwaniu takich majątków. W zasadzie nie wiem, czy można tam wchodzić, choć drzwi na oścież otwarte... Te domy mnie trochę straszą ale jednocześnie przyciągają jakąś dawną tajemnicą. To ślad życia rodziny, rodzących się dzieci. Cóż jest dzisiaj? Bałagan, demolka. A gdzie są spadkobiercy tych domów?
W pomieszczeniach zazwyczaj pozostawione są meble, przedmioty codziennego użytku, święte obrazki. Czasem ręka korci, aby ocalić od zapomnienia, zabrać do siebie...ale nie mogę:)
Nawet nie bardzo chcę tam wchodzić sama;) Wspomnienia przedstawiają obrazy z filmów
i opowieści, kiedy to jako dzieci straszyliśmy się pustostanami, duchami...i głowa pod kołdrę!:)
W jednym domu się prawie podłoga zapadła pod Ukochanym...jak z filmu!
A ciekawość górą:





W sadach jabłonie, czarny bez. Kiedyś kobiety wiedziały co dobre i skutecznie radziły sobie bez aptek;)


W domu w zasadzie szykujemy się powoli do jesieni. Szkoła się rozpędziła, dzieciaki zadowolone...wiatr gasi świece lata...

Moja fascynacja retro się rozwija:)




Jak wiadomo Kopernik też była kobietą...więc zabrałam się za remont schodów. Jak już przebrniemy przez wszędobylski pył to będzie jak w bajce:)
Pozdrawiam serdecznie
Tymczasem
Polinka

wtorek, 19 sierpnia 2014

W barwie pomidora

Hu, hu:) Witam wszystkich chętnie zaglądających!
Szaleństwo ogarnia ten blog. Wiecie, że ostatni post miał 6 tyś wyświetleń? Własnym oczom nie wierzę a Wam zdecydowanie bardzo dziękuję. Buziaki przesyłam dla znanych i znańszych, nieznanych i nieznańszych a najbardziej dla Julii i Jasia bo oni  tu namiętnie bywają:) Dziękuję, bez Was ten blog nie miałby racji bytu:)

Oderwałam się na trochę od słoików, wekowania wszystkiego konkretnie. Zaklinam w słoiki dobra lata już ósmy rok wiecie? Ten jednak będzie rekordowy. Już od wiosny nosem wyczułam tanie truskawki, potem poszedł rabarbar, porzeczki we wszystkich kolorach, wiśnie. Kompotów i konfitur narobiłam na bardzo dłuuugą zimę.:) Co mnie cieszy niekoniecznie cieszy plantatorów. Czy to nie zgroza, aby czarna porzeczka kosztowała w skupie 40 gr a wiśnie 90gr? I nie wiem, czy możemy mówić o klątwie urodzaju bo...skoro mamy dużo to zróbmy dużo i sprzedajmy taniej. Ludzie się najedzą, nacieszą owocami. Czy aby się opłacało np zamrozić owoce w firmie na H. to musi ich być mało? Czy ja tu czegoś nie rozumiem kochani?
Podobny problem nam wyszedł z rosyjskim embargiem. Dlaczego plantatorzy mają wyrzucać? Nie lepiej oddać ludziom? Też pewnie czegoś nie rozumiem, ale włos mi się jeży na głowie, kiedy pomyślę o wyrzucaniu setek kilogramów jedzenia.
Tymczasem w domu ja się od garów oderwać nie mogę:)
Rok jest faktycznie urodzajny i jestem zarzucana przez dobrych ludzi kilogramami warzyw. Mówiłam już Wam kiedyś, że na wsi ludzie dają sobie jedzenie:) Nic się nie marnuje, bo jak mi za dużo wyrośnie, obrodzi nadspodziewanie- podzielę się z innymi. To może trochę krępujące ale rozsądne i pro ludzkie. Jakoś niewłaściwie kojarzy mi się słowo humanitarne;)
W ten oto sposób od dłuższego czasu nie wychodzę z kuchni, post ten też nieźle spóźniony;)
Jedna dusza kochana podrzuci kilkanaście kilogramów przerośniętych ogórków i choć nie planowałam, sałatki porobić muszę. Druga, ot tak, 50 kilogramów pomidorów:) W ten sposób i przecieru mam duuużo i ketchup domowy pierwszy raz zrobiłam. Smaczny wiecie?;) W dodatku bardzo prosty. O:
Dużo pomidorów przepuszczam przez maszynkę do mielenia mięsa, jak lecą. Uzyskany siuwaks dotuję 2-3 godz na wolnym ogniu aż zrobi się apetycznie czerwony. Dodaję papryczkę chili lub dwie wedle gustu, cukier do smaku, sól, bazylię, oregano z przydomowego ogródka i cebulę w ilości wedle uznania. Na koniec, po wielokrotnym spróbowaniu dzieła (kiedy stwierdzam, że miód malina) do całości dolewam jedną lub dwie łyżki octu dla podniesienia kwasowości oraz kilka ząbków czosnku obowiązkowo. Redukuję ilość płynu i blenduję wszystko bo jakby nie patrzeć pomidory mieliłam razem z nasionami. Po zblendowaniu ich nie ma:) Gorący przelać do słoików, odwrócić do góry dnem i zostawić do ostygnięcia. Nie spodziewajcie się jednak, że będzie miał konsystencję tego sklepowego bo nie dodajemy substancji żelującej. Prawdziwe, zdrowe dzieło sztuki. Dla mnie bomba!
Ja tu gadu gadu a przecież trochę się działo:) Co prawda ostatnio głównie przetwory:)
Na wsi schyłek lata czyli żniwa. Najpiękniejsza w tym czasie jest harmonia człowieka z bocianem:) One nic się nie boją i czasem po kilkanaście wokół kombajnu krążą:)






Wiecie... pokazuję Wam wieś moimi oczami:) Bo koń nadal jest, stary traktor i garnki na płocie. Taką wieś lubię najbardziej i fotografuję przy każdym wyjeździe rowerem:)
Na wsi też lubię kapliczki. Im w zasadzie należy się osobny post...ale kiedy go napisać?;)
Kapliczki mają swoją magię. Każda z nich to jakaś nadzieja, prośba wysłana do Boga lub podziękowanie. To piękny przykład miejscowej wiary, nadziei i ducha narodu.




To jest moja wieś....i znajduję ją, choć czasem muszę przejechać kilkanaście kilometrów wśród łąk
i pól...

Na rękodzieło może ostatnio nie miałam wiele czasu...ale...Niech mnie ktoś złapie i trzyma daleko od kropek:)!!
Powstała druga, mniejsza taca.


I chustecznik:) Gipsowy dekor z przodu to dzieło Madelinki.


Nawiązała się pewna współpraca i wynikiem jej poczyniłam kilka kartek. Ciekawe, czy się spodobają?:)






Przede mną weekend z kolegą z dzieciństwa Ukochanego. No Jo, pogadają chłopaki a ja ich nakarmię:)
Macie jakiś cudowny przepis na zapełnienie radosne brzuchów dwóch blisko 40-latków?;)
Polecę już, pozdrowię gorąco. Dzięki, że tu wpadacie:)
Tymczasem
Polinka