Kochani!
Im więcej życzeń dobrego wypoczynku od was dostaję...tym bardziej chce mi się siedzieć na ławeczce i odpoczywać:) To krótkie wyjaśnienie dłuższej nieobecności i jednocześnie radość, że cały czas tu wpadacie:) Dzięki, blogowa rodzinko!
Urlop udany ponadprzeciętnie mimo marnej pogody. Wiadomo, jak to nad Bałtykiem- główną atrakcją są widoki, bo na pogodę trudno liczyć:) Mnie to jednak nie przeszkodziło w świetnym wypoczynku. Nawet pomogło, bo jak sztorm i pochmurno to mniej jest zwolenników plażowania. Wszyscy przenoszą się do baru na piwko i rybkę, gdzie z kolei mnie nie ma:)
Kilka dni w pięknej, rodzinnej atmosferze zdziałało prawdziwe cuda...jak to dobrze zakochać się w Lubym ponownie mimo upływu lat:)
Chciałam pochwalić podróżowanie z psem. Pies nad morzem ma swoje prawa:) Plaże psie są coraz bardziej popularne, choć oddalone od głównych deptaków. I nie myślcie, że skoro psie to brudne, bo panuje ogólny zwyczaj sprzątania po pupilach. Psów jest całkiem sporo ale wszystkie bardzo łagodne. Właściciele uśmiechają się do siebie, podchodzą, rozmawiają, głaszczą. Jest absolutnie okej:) Poza tym plusem psich plaż jest również mniejsza ilość plażowiczów (wiadomo, nie każdemu po drodze z czworonogiem). Pies zazwyczaj może też wejść do nadmorskiej knajpki, nikt nie robi problemu. Nie mam się na co skarżyć:)
Pogadała to pokaże:)
Tak, ja wiem, nie ma nic ciekawszego niż cudze zdjęcia z wakacji:)
Urlop pozwolił mi również przeczytać książkę. Jedną...ale zawsze coś:)
Pozycja numer pięć w Międzyblogowym Kąciku Czytelniczym.
Myślałam o tej książce od dawna. W końcu do zakupu skłoniła mnie promocja ostatniej pozycji z tej serii w pewnej gazecie. Myślę sobie- nieźle pisze, dobre słownictwo, głębsza myśl...jak to stwierdzenie, że nie wiedziała, co zrobić z rozrusznikiem serca ojca które tak bardzo kochała...
Zaczęłam od zakupu pierwszej części, lubię zachowywać ład i kolejność.
I teraz pewnie jeden mi przyklaśnie, drugi zgani...
Książka jest bardzo irytująca. Banialuki panienki z bogatego domu, żyjącej w kompletnie innej perspektywie, podróżującej, obracającej się w środowisku. Bez świadomości wydarzeń historycznych, tragicznych decyzji ojca.
Nie wierzę, że nie wiedziała co się dzieje w kraju...a jeśli nie wiedziała, tym gorzej dla niej.
Pisze jedynie, że decyzje ojca wywarły duży wpływ na postrzeganie jej rodziny...no biedna!
Dla miłośników historii Polski, kraju naszego pozycja świetna. Cudownie można się zezłościć!
Może wiecie, może pamiętacie, że u mnie wakacje nad wodą to wieczna gonitwa za rybką. Rybką wszelką, uwielbiamy całą rodziną.
I teraz dwa przepisy będą:)
Pierwszy to jak przewieść rybę 450 kilometrów nie posiadając lodówki.
Otóż wspaniały, sprawdzony sposób jest banalny:) Rybkę porządnie schłodzić w zamrażarce, nie mrozić tylko zahibernować. Zamrozić całą paczkę kostek lodu w folijkach. Zawinąć rybę, podzielić do torebek i do każdej wsadzić mrożone kostki w folii. Całość do kolejnej siatki i kolejnej, przepychając kostkami. Zawinąć w trzy ręczniki aby nie rozpuszczało się tak szybko i do bagażnika.
Po dziesięciu godzinach lód jest nadal lodem a rybka świeża i pachnąca.
I drugi przepis, rybka marynowana, wakacyjna.
Rybki małe, w moim przypadku płaty ze śledzia, ew słodkowodne, w zależności od miejsca pobytu solimy i smażymy w samej mące. Gotujemy zalewę w "międzyczasie".
Zalewa do rybek:
- litr wody
- 3/4 szklanki octu
- 1 i pół łyżki soli
- łyżka cukru
- trzy cebule
- ziele angielskie, liść laurowy
Pogotować kilka minut dla zmiękczenia cebuli, zalać rybkę pięknie ułożoną w słoikach (Co bardziej zwariowani miłośnicy przetworów przelecą pół wybrzeża za słoikami by w końcu wybłagać u pani prywatne...po klopsikach. Widać poznała się na szaleństwie, obłęd odczytała właściwie), pasteryzować 10 min dla świętego spokoju, dokręcić, odstawić do góry dnem.
Nadają się do spożycia po 24 godzinach, im dłużej tym lepiej, bo ości zupełnie zanikną.
W ten oto sposób, przy odrobinie dobrej woli i kuchni gazowej wieziemy do domu pamiątkę z podróży- marynowanego śledzia bałtyckiego na wszelkie okazje.
Polecam!
Polecę już, pozdrowię serdecznie...
Dzięki wam, głównie kobietki piękne, że tu wpadacie:)
Tymczasem
Polinka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 2 sierpnia 2015
środa, 8 lipca 2015
Dzień z życia
Jak to nieszczęście bliźniego może czasem lepiej na sercu zrobić:)
Wróciłam właśnie z ogrodu mojej przyjaciółki i poprawiło mi się z deczka. Kwestia jaka jest do omówienia to susza w moim ogrodzie i kłopot z hortensjami.
Już pisałam, że leję wodę na potęgę a mimo to straciłam kompletnie trawnik.
I choćbym nie wiem jak chciała wam pokazać moje zielone wnętrze to nie mogę, trawy brak.
Podpatruję u sąsiadów i zawsze mi się wydaje, że lepiej mają, a u mnie...lepiej nie mówić.
Otóż Marianna moja też tak ma:) Podlewa a efekty mizerne. Od razu mi się lepiej zrobiło. Nic tak nie cieszy jak nieszczęście bliźniego nie?;)
Mam oczywiście nadzieję, że nie traktujecie moich słów zbyt dosłownie...Prawda?
Jak u was po nocnej nawałnicy? Przeszła nad większością kraju, południe w dużych problemach utonęło. Jak u was? Wszystko gra?
Trzaski, wrzaski i błyskawice obudziły mnie o trzeciej. Przytomność nakazała odłączenie komputerów od prądu, bo swego czasu sporo się nasłuchałam o możliwościach burzy. Listwa przepięciowa niby jest, ale inni też mieli, więc wolę dmuchać na zimne. Potem pozostało już tylko upajać się możliwościami przyrody, wydając
ochy i achy. Na szczęście nie mam złych doświadczeń z burzą, jedynie w pierwszym roku mieszkania na wsi wiatr zerwał mi właz do komina:) Duło wtedy, że hej
i z wielkim świstem kawałek dachu odleciał do sąsiada. Do nas za to wpadła czyjaś brzoza, dobrze, że zatrzymała się przy płocie. Tyle w temacie.
Aktualne burze mnie cieszą bo u nas bardzo mało ogólnie pada. Ludzie mówią, że parafianie za mało na tacę kładą to i nie pada:) Bo skąd niby?;)
Salon mój zmienił lekko oblicze. Ma być cottage, w nutką czerwieni a mój babciny fotel bardziej wyeksponowany. Poniżej poranek w salonie. Lubię klimat porannego słońca:)
Ulubiony poranek. Słońce przyświeca, w kuchni parzy się kawa, hortensje pysznią się niebieskością. Tak rozumiem dom.
Ale dom to również obowiązki. Obrobiliśmy się z truskawkami więc czas na porzeczki. Porzeczki mamy własne bo przy planowaniu ogrodu szukaliśmy miejsca na owoce. Do tego agrest w odmianach, śliwki, jabłka, gruszki oraz morwę. Kompletnie nie sprawdziły się morele i brzoskwinie, nie chciały z nami być:)
Przetwory robimy rodzinnie. Maluchy zawodowo zbierają owoce, Ukochany zazwyczaj szypułkuje czy obrywa z gałązek a resztę robię ja. Rok w rok i nie planujemy tego zmienić. W tym sezonie, jak już wspominałam, stawiamy na duża ilość dżemów bo smaka mamy jak nigdy:)
Czerwienie, jak widzicie, trzymają się mnie mocno:) Zamówiłam już materiały w poziomki i truskawki i będę szyć dekoracje. Szał po prostu, tak, jakby Kaśka powiedziała:) Oczywiście nadal, maniakalnie, oglądamy Rozlewisko. To nic, że znamy teksty na pamięć:) Gotujemy bób i włączamy Rozlewisko. Symbol leniwego lata.
W tym roku mamy problem z ptakami. Bardzo polubiły nasze drzewa i krzaczory ale niestety często rozbijają nam się o okna. Część śmiertelnie, niektóre wychodzą z tego ze wstrząśnieniem dziobów. Ostatnio nawet dzięcioł.
Urokliwy był, nie powiem, ale czerwona kropka po prawej stronie zdjęcia to jego krew. Na szczęście odleciał, kiedy Ukochany chciał go przenieść w spokojne miejsce, aby wydobrzał.
Mamy też takie kwiatki:) Księgę ptaków studiujemy często i wychodzi nam, że to młode drozdy śpiewaki:)
Czy ja aby państwa nie nudzę?
Przekazałabym jeszcze trochę wieści z ogrodu chętnie, choć zrobił się lekki bigos postowy:)
Tyle wieści ze wsi kochani:) Aktualnie marzę już o urlopie nas Bałtykiem ale to jeszcze chwilka.
Dziękuję za wszystkie komentarze i za obecność. Serdecznie was pozdrawiam.
Tymczasem
Polinka
Wróciłam właśnie z ogrodu mojej przyjaciółki i poprawiło mi się z deczka. Kwestia jaka jest do omówienia to susza w moim ogrodzie i kłopot z hortensjami.
Już pisałam, że leję wodę na potęgę a mimo to straciłam kompletnie trawnik.
I choćbym nie wiem jak chciała wam pokazać moje zielone wnętrze to nie mogę, trawy brak.
Podpatruję u sąsiadów i zawsze mi się wydaje, że lepiej mają, a u mnie...lepiej nie mówić.
Otóż Marianna moja też tak ma:) Podlewa a efekty mizerne. Od razu mi się lepiej zrobiło. Nic tak nie cieszy jak nieszczęście bliźniego nie?;)
Mam oczywiście nadzieję, że nie traktujecie moich słów zbyt dosłownie...Prawda?
Jak u was po nocnej nawałnicy? Przeszła nad większością kraju, południe w dużych problemach utonęło. Jak u was? Wszystko gra?
Trzaski, wrzaski i błyskawice obudziły mnie o trzeciej. Przytomność nakazała odłączenie komputerów od prądu, bo swego czasu sporo się nasłuchałam o możliwościach burzy. Listwa przepięciowa niby jest, ale inni też mieli, więc wolę dmuchać na zimne. Potem pozostało już tylko upajać się możliwościami przyrody, wydając
ochy i achy. Na szczęście nie mam złych doświadczeń z burzą, jedynie w pierwszym roku mieszkania na wsi wiatr zerwał mi właz do komina:) Duło wtedy, że hej
i z wielkim świstem kawałek dachu odleciał do sąsiada. Do nas za to wpadła czyjaś brzoza, dobrze, że zatrzymała się przy płocie. Tyle w temacie.
Aktualne burze mnie cieszą bo u nas bardzo mało ogólnie pada. Ludzie mówią, że parafianie za mało na tacę kładą to i nie pada:) Bo skąd niby?;)
Salon mój zmienił lekko oblicze. Ma być cottage, w nutką czerwieni a mój babciny fotel bardziej wyeksponowany. Poniżej poranek w salonie. Lubię klimat porannego słońca:)
Ulubiony poranek. Słońce przyświeca, w kuchni parzy się kawa, hortensje pysznią się niebieskością. Tak rozumiem dom.
Ale dom to również obowiązki. Obrobiliśmy się z truskawkami więc czas na porzeczki. Porzeczki mamy własne bo przy planowaniu ogrodu szukaliśmy miejsca na owoce. Do tego agrest w odmianach, śliwki, jabłka, gruszki oraz morwę. Kompletnie nie sprawdziły się morele i brzoskwinie, nie chciały z nami być:)
Przetwory robimy rodzinnie. Maluchy zawodowo zbierają owoce, Ukochany zazwyczaj szypułkuje czy obrywa z gałązek a resztę robię ja. Rok w rok i nie planujemy tego zmienić. W tym sezonie, jak już wspominałam, stawiamy na duża ilość dżemów bo smaka mamy jak nigdy:)
Czerwienie, jak widzicie, trzymają się mnie mocno:) Zamówiłam już materiały w poziomki i truskawki i będę szyć dekoracje. Szał po prostu, tak, jakby Kaśka powiedziała:) Oczywiście nadal, maniakalnie, oglądamy Rozlewisko. To nic, że znamy teksty na pamięć:) Gotujemy bób i włączamy Rozlewisko. Symbol leniwego lata.
W tym roku mamy problem z ptakami. Bardzo polubiły nasze drzewa i krzaczory ale niestety często rozbijają nam się o okna. Część śmiertelnie, niektóre wychodzą z tego ze wstrząśnieniem dziobów. Ostatnio nawet dzięcioł.
Urokliwy był, nie powiem, ale czerwona kropka po prawej stronie zdjęcia to jego krew. Na szczęście odleciał, kiedy Ukochany chciał go przenieść w spokojne miejsce, aby wydobrzał.
Mamy też takie kwiatki:) Księgę ptaków studiujemy często i wychodzi nam, że to młode drozdy śpiewaki:)
Czy ja aby państwa nie nudzę?
Przekazałabym jeszcze trochę wieści z ogrodu chętnie, choć zrobił się lekki bigos postowy:)
Tyle wieści ze wsi kochani:) Aktualnie marzę już o urlopie nas Bałtykiem ale to jeszcze chwilka.
Dziękuję za wszystkie komentarze i za obecność. Serdecznie was pozdrawiam.
Tymczasem
Polinka
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
O przyjaźni słów kilka
Im więcej dajesz tym większy się stajesz-
ponieważ dawać to nie znaczy tracić...
Chyba z Lubym moim mamy szczęście do ludzi wiecie? Latka lecą a nas otacza coraz więcej dobrych ludzi, pomocnych i bezinteresownych. Tak mi się nasunęło po minionym weekendzie nostalgicznie...
Jakiś miesiąc temu rozleciał nam się silnik w samochodzie. W mieście stolicznym, kilkadziesiąt kilometrów od domu, przy zjeździe z górki- sru i łubudu- pasek klinowy odszedł do wieczności, samochód umarł. Wystarczyło kilka telefonów. Walduś nasz ukochany na rowerze podjechał dzieci na lody zabrać, Paweł podholował już za Warszawę, gdzie podjechał Artur z lawetą. Do domu wróciliśmy pełni wdzięczności i szczęścia z posiadanego dobrodziejstwa. Bo tacy ludzie to dobrodziejstwo moi mili!
Kiedyś pewnie tak nie zabiegałam o przyjaźnie, jakoś wszystko leciało w wiecznym pędzie
i niezrozumieniu. Człowiek- dziś ten, jutro inny- takie życie w wielkim mieście. Poza tym młodym się było bardzo, rozpędzonym, po co sobie komplikować życie przywiązywaniem się do ludzi...
Dziś już tak nie myślę. Ludzie nas otaczający, serdeczni i dobrzy to prawdziwy skarb. A na ten skarb trzeba długo pracować.
Nie mamy wielu przyjaciół, ale posiadanych możemy nazwać prawdziwymi przyjaciółmi. To ludzie znani od lat, sprawdzeni, pomocni. Nam wystarcza taka grupa gdyż zawsze jest do kogo zadzwonić, pogadać, poradzić się, przy piwku spotkać. A latem bywa, że te piwka to co piątek;)
Zapisują mi się w sercu niektóre teksty. Pewnego dnia dzwonię do Marianny (nota bene żony Artura co nas na lawetę brał), że niestety spotkanie muszę odwołać bo niespodziewany wydatek się trafił i pustka w banku:) Następnego dnia pojawiła się z tekstem, że jedzenie mi przywiozła- jaja od kur i ogórki. Nie wiadomo- śmiać się czy płakać?
Mam w swoim życiu Marysię- wspaniałą babkę jeszcze ze szkoły średniej. Wszystkie pryszcze razem przeszłyśmy, miłości pierwsze i rozczarowania i mimo kontaktu opieszałego spotykamy się czasem, na śluby zapraszamy i rozwody;) Z tym to trochę żart ale wstyd mi bardzo było, kiedy nie mogłam dojechać na jej wesele na południu Austrii i niejakim amerykaninem: Bo dusze z moją Marysią podobne mamy;)
Mary ( bo ona dzisiaj Mary i z nazwiska obca:)) i ja już po przeprowadzce do aktualnego domu (kilka lat po skończeniu szkoły):
Mam podobne zdjęcie datowane dziesięć lat wcześniej:) Moja największa przyjaciółka z dawnych lat:)
Ale, ale, ja tu o sobie jak zawsze a nie w tym sęk:) Wczoraj wyjechał od nas serdeczny przyjaciel mojego męża z dzieciństwa. Wszystko razem przeżywali, kopali w piłkę, uczyli się pływać. Tyle godzin w garażu, piaskownicy. Pewnego dnia jednak każdy wybrał swoją drogę, inną. Ukochany wyjechał ze swojego miasta, rodzinę założył 250 km dalej. Kolega się śmieje, że tylko on został pilnować podwórka. I mimo wszelkich różnic po dwudziestu latach się spotkali:)
To był świetny, sympatyczny i bliski weekend. Koledzy żony mają, dzieci, czterdziecha na karku a gadają jak dzieciaki!
Dziękujemy za odwiedziny Pigmej...jeśli tu zajrzysz:)
Jesień nas smaga chłodną dłonią... w domu zaczynają powoli królować grzyby, wrzosy i ciepłe koce;)
To też czas rozrzucania nawozów do trawy.
Pierwsza wyprawa do lasu zaoowocowała sześcioma słoikami grzybów marynowanych:)
W prezencie najlepszy przepis na marynowane grzyby:
- szklanka octu
- 3 szklanki wody
- po łyżce cukru i soli
Grzyby oczyścić, pogotować 10 minut. Marynatę z powyższego przepisu zagotować. D słoików wrzucić- cebulę surową, liść laurowy i ziele angielskie, następnie ugotowane grzyby. Zalać marynatą, pasteryzować 5-10 min ( ocet dodatkowo konserwuje więc długo nie trzeba), odstawić do góry dnem:) Wszystko:)
Pozdrawiam gorąco, dziękuję na wszystko
Polinka tymczasem
wtorek, 19 sierpnia 2014
W barwie pomidora
Hu, hu:) Witam wszystkich chętnie zaglądających!
Szaleństwo ogarnia ten blog. Wiecie, że ostatni post miał 6 tyś wyświetleń? Własnym oczom nie wierzę a Wam zdecydowanie bardzo dziękuję. Buziaki przesyłam dla znanych i znańszych, nieznanych i nieznańszych a najbardziej dla Julii i Jasia bo oni tu namiętnie bywają:) Dziękuję, bez Was ten blog nie miałby racji bytu:)
Oderwałam się na trochę od słoików, wekowania wszystkiego konkretnie. Zaklinam w słoiki dobra lata już ósmy rok wiecie? Ten jednak będzie rekordowy. Już od wiosny nosem wyczułam tanie truskawki, potem poszedł rabarbar, porzeczki we wszystkich kolorach, wiśnie. Kompotów i konfitur narobiłam na bardzo dłuuugą zimę.:) Co mnie cieszy niekoniecznie cieszy plantatorów. Czy to nie zgroza, aby czarna porzeczka kosztowała w skupie 40 gr a wiśnie 90gr? I nie wiem, czy możemy mówić o klątwie urodzaju bo...skoro mamy dużo to zróbmy dużo i sprzedajmy taniej. Ludzie się najedzą, nacieszą owocami. Czy aby się opłacało np zamrozić owoce w firmie na H. to musi ich być mało? Czy ja tu czegoś nie rozumiem kochani?
Podobny problem nam wyszedł z rosyjskim embargiem. Dlaczego plantatorzy mają wyrzucać? Nie lepiej oddać ludziom? Też pewnie czegoś nie rozumiem, ale włos mi się jeży na głowie, kiedy pomyślę o wyrzucaniu setek kilogramów jedzenia.
Tymczasem w domu ja się od garów oderwać nie mogę:)
Rok jest faktycznie urodzajny i jestem zarzucana przez dobrych ludzi kilogramami warzyw. Mówiłam już Wam kiedyś, że na wsi ludzie dają sobie jedzenie:) Nic się nie marnuje, bo jak mi za dużo wyrośnie, obrodzi nadspodziewanie- podzielę się z innymi. To może trochę krępujące ale rozsądne i pro ludzkie. Jakoś niewłaściwie kojarzy mi się słowo humanitarne;)
W ten oto sposób od dłuższego czasu nie wychodzę z kuchni, post ten też nieźle spóźniony;)
Jedna dusza kochana podrzuci kilkanaście kilogramów przerośniętych ogórków i choć nie planowałam, sałatki porobić muszę. Druga, ot tak, 50 kilogramów pomidorów:) W ten sposób i przecieru mam duuużo i ketchup domowy pierwszy raz zrobiłam. Smaczny wiecie?;) W dodatku bardzo prosty. O:
Dużo pomidorów przepuszczam przez maszynkę do mielenia mięsa, jak lecą. Uzyskany siuwaks dotuję 2-3 godz na wolnym ogniu aż zrobi się apetycznie czerwony. Dodaję papryczkę chili lub dwie wedle gustu, cukier do smaku, sól, bazylię, oregano z przydomowego ogródka i cebulę w ilości wedle uznania. Na koniec, po wielokrotnym spróbowaniu dzieła (kiedy stwierdzam, że miód malina) do całości dolewam jedną lub dwie łyżki octu dla podniesienia kwasowości oraz kilka ząbków czosnku obowiązkowo. Redukuję ilość płynu i blenduję wszystko bo jakby nie patrzeć pomidory mieliłam razem z nasionami. Po zblendowaniu ich nie ma:) Gorący przelać do słoików, odwrócić do góry dnem i zostawić do ostygnięcia. Nie spodziewajcie się jednak, że będzie miał konsystencję tego sklepowego bo nie dodajemy substancji żelującej. Prawdziwe, zdrowe dzieło sztuki. Dla mnie bomba!
Ja tu gadu gadu a przecież trochę się działo:) Co prawda ostatnio głównie przetwory:)
Na wsi schyłek lata czyli żniwa. Najpiękniejsza w tym czasie jest harmonia człowieka z bocianem:) One nic się nie boją i czasem po kilkanaście wokół kombajnu krążą:)
Wiecie... pokazuję Wam wieś moimi oczami:) Bo koń nadal jest, stary traktor i garnki na płocie. Taką wieś lubię najbardziej i fotografuję przy każdym wyjeździe rowerem:)
Na wsi też lubię kapliczki. Im w zasadzie należy się osobny post...ale kiedy go napisać?;)
Kapliczki mają swoją magię. Każda z nich to jakaś nadzieja, prośba wysłana do Boga lub podziękowanie. To piękny przykład miejscowej wiary, nadziei i ducha narodu.
To jest moja wieś....i znajduję ją, choć czasem muszę przejechać kilkanaście kilometrów wśród łąk
i pól...
Na rękodzieło może ostatnio nie miałam wiele czasu...ale...Niech mnie ktoś złapie i trzyma daleko od kropek:)!!
Powstała druga, mniejsza taca.
I chustecznik:) Gipsowy dekor z przodu to dzieło Madelinki.
Nawiązała się pewna współpraca i wynikiem jej poczyniłam kilka kartek. Ciekawe, czy się spodobają?:)
Przede mną weekend z kolegą z dzieciństwa Ukochanego. No Jo, pogadają chłopaki a ja ich nakarmię:)
Macie jakiś cudowny przepis na zapełnienie radosne brzuchów dwóch blisko 40-latków?;)
Polecę już, pozdrowię gorąco. Dzięki, że tu wpadacie:)
Tymczasem
Polinka
Szaleństwo ogarnia ten blog. Wiecie, że ostatni post miał 6 tyś wyświetleń? Własnym oczom nie wierzę a Wam zdecydowanie bardzo dziękuję. Buziaki przesyłam dla znanych i znańszych, nieznanych i nieznańszych a najbardziej dla Julii i Jasia bo oni tu namiętnie bywają:) Dziękuję, bez Was ten blog nie miałby racji bytu:)
Oderwałam się na trochę od słoików, wekowania wszystkiego konkretnie. Zaklinam w słoiki dobra lata już ósmy rok wiecie? Ten jednak będzie rekordowy. Już od wiosny nosem wyczułam tanie truskawki, potem poszedł rabarbar, porzeczki we wszystkich kolorach, wiśnie. Kompotów i konfitur narobiłam na bardzo dłuuugą zimę.:) Co mnie cieszy niekoniecznie cieszy plantatorów. Czy to nie zgroza, aby czarna porzeczka kosztowała w skupie 40 gr a wiśnie 90gr? I nie wiem, czy możemy mówić o klątwie urodzaju bo...skoro mamy dużo to zróbmy dużo i sprzedajmy taniej. Ludzie się najedzą, nacieszą owocami. Czy aby się opłacało np zamrozić owoce w firmie na H. to musi ich być mało? Czy ja tu czegoś nie rozumiem kochani?
Podobny problem nam wyszedł z rosyjskim embargiem. Dlaczego plantatorzy mają wyrzucać? Nie lepiej oddać ludziom? Też pewnie czegoś nie rozumiem, ale włos mi się jeży na głowie, kiedy pomyślę o wyrzucaniu setek kilogramów jedzenia.
Tymczasem w domu ja się od garów oderwać nie mogę:)
Rok jest faktycznie urodzajny i jestem zarzucana przez dobrych ludzi kilogramami warzyw. Mówiłam już Wam kiedyś, że na wsi ludzie dają sobie jedzenie:) Nic się nie marnuje, bo jak mi za dużo wyrośnie, obrodzi nadspodziewanie- podzielę się z innymi. To może trochę krępujące ale rozsądne i pro ludzkie. Jakoś niewłaściwie kojarzy mi się słowo humanitarne;)
W ten oto sposób od dłuższego czasu nie wychodzę z kuchni, post ten też nieźle spóźniony;)
Jedna dusza kochana podrzuci kilkanaście kilogramów przerośniętych ogórków i choć nie planowałam, sałatki porobić muszę. Druga, ot tak, 50 kilogramów pomidorów:) W ten sposób i przecieru mam duuużo i ketchup domowy pierwszy raz zrobiłam. Smaczny wiecie?;) W dodatku bardzo prosty. O:
Dużo pomidorów przepuszczam przez maszynkę do mielenia mięsa, jak lecą. Uzyskany siuwaks dotuję 2-3 godz na wolnym ogniu aż zrobi się apetycznie czerwony. Dodaję papryczkę chili lub dwie wedle gustu, cukier do smaku, sól, bazylię, oregano z przydomowego ogródka i cebulę w ilości wedle uznania. Na koniec, po wielokrotnym spróbowaniu dzieła (kiedy stwierdzam, że miód malina) do całości dolewam jedną lub dwie łyżki octu dla podniesienia kwasowości oraz kilka ząbków czosnku obowiązkowo. Redukuję ilość płynu i blenduję wszystko bo jakby nie patrzeć pomidory mieliłam razem z nasionami. Po zblendowaniu ich nie ma:) Gorący przelać do słoików, odwrócić do góry dnem i zostawić do ostygnięcia. Nie spodziewajcie się jednak, że będzie miał konsystencję tego sklepowego bo nie dodajemy substancji żelującej. Prawdziwe, zdrowe dzieło sztuki. Dla mnie bomba!
Ja tu gadu gadu a przecież trochę się działo:) Co prawda ostatnio głównie przetwory:)
Na wsi schyłek lata czyli żniwa. Najpiękniejsza w tym czasie jest harmonia człowieka z bocianem:) One nic się nie boją i czasem po kilkanaście wokół kombajnu krążą:)
Wiecie... pokazuję Wam wieś moimi oczami:) Bo koń nadal jest, stary traktor i garnki na płocie. Taką wieś lubię najbardziej i fotografuję przy każdym wyjeździe rowerem:)
Na wsi też lubię kapliczki. Im w zasadzie należy się osobny post...ale kiedy go napisać?;)
Kapliczki mają swoją magię. Każda z nich to jakaś nadzieja, prośba wysłana do Boga lub podziękowanie. To piękny przykład miejscowej wiary, nadziei i ducha narodu.
To jest moja wieś....i znajduję ją, choć czasem muszę przejechać kilkanaście kilometrów wśród łąk
i pól...
Na rękodzieło może ostatnio nie miałam wiele czasu...ale...Niech mnie ktoś złapie i trzyma daleko od kropek:)!!
Powstała druga, mniejsza taca.
I chustecznik:) Gipsowy dekor z przodu to dzieło Madelinki.
Nawiązała się pewna współpraca i wynikiem jej poczyniłam kilka kartek. Ciekawe, czy się spodobają?:)
Przede mną weekend z kolegą z dzieciństwa Ukochanego. No Jo, pogadają chłopaki a ja ich nakarmię:)
Macie jakiś cudowny przepis na zapełnienie radosne brzuchów dwóch blisko 40-latków?;)
Polecę już, pozdrowię gorąco. Dzięki, że tu wpadacie:)
Tymczasem
Polinka
czwartek, 10 lipca 2014
Życie ach! na wsi
Witajcie, cześć i czołem!
Jak wygląda życie na wsi latem?
Dużo spacerujemy, leniuchujemy w ogrodzie, jeździmy na rowerach oraz na potęgę przetwarzamy do słoików dary lata. Nie ma nic cudowniejszego zimą jak otworzyć słoik z truskawkami, porzeczkami, ogórkami, śliwkami itp. Micha od razu się cieszy :)
Właśnie w moich słoikach zalęgły się porzeczki w kilku odmianach i agrest.
Ostatnio pisałam o tym i dżemy porzeczkowe odbiły się szeroko wśród was. Mam nadzieję, że wszystkie pytające osoby skorzystały z porad i wyszło wam smacznie. Ku pamięci trochę zdjęć. Zdjęć półproduktu bo wiecie...moje słoiki nie mają koronkowych ubranek:) Nie nadążyłabym ich poubierać bo to nie kilka słoiczków ale kilkaset. Po sezonie zamieszkują szafy i etażerki a od zeszłego roku mam w garażu niezłe szafiszcze. Półki na metalowych wspornikach, nośność 100 kg na jedną. Mam gdzie trzymać w każdym razie;)
Gorąco chciałam polecić jeszcze jeden przepis na zimowe cudo. Czerna porzeczka- źródło witaminy c. Wiecie, że 100 gr tego owocu pokrywa prawie 260% dziennego zapotrzebowania na tę witaminę? Można złapać odporność prawda?
Proponuję Wam zatem kompot z czarnej porzeczki. Porzeczek wrzucam mniej więcej 1/3 garnka ( w moim przypadku 7L), zalewam wodą, słodzę dość dużo. Doprowadzam do wrzenia i gotuję kilka minut. Przelewam do butelek, rozcieńczam pół na pół z wodą i do lodówki. Rozcieńczam gdyż ten wywar jest baaaardzo aromatyczny. Pijemy ze smakiem. Takie samo mam oczywiście również w słoikach na zimę:)
W tym roku porzeczki i agrest już przerobione na kompoty i konfitury. Czekam na ogórki:)
Apropos rowerów. Uwielbiamy nasze wycieczki po okolicy. Wystarczy troszkę odjechać, skręcić w nieuczęszczaną drogę i naszym oczom ukazują się dawne domostwa, zapuszczone lub zamieszkałe, stare kapliczki, drewniane elewacje...
Dodam, że skrzynka pocztowa ze zdjęcia jest wysokości pokrzywy, siedzi w krzakach nie wiedzieć czemu:)
Troszkę ornitologii:)
I pól ukochanych! Uwielbiam ich zapach!
A jak leniuchujemy w ogrodzie to jemy. Przy gotowaniu oczywiście się nie przemęczamy. Oto przepis na zapomniany obiad. Wstawiasz i zapominasz!
Kawałki kurczaka marynujemy wcześniej w:
- sól, pieprz
- trochę ostrej papryki
- czosnek przeciśnięty przez praskę
- sos barbecue
Wymieszać, pobełtać i wstawić do lodówki na dzień czy dwa. Następnie zawinąć w folię aluminiową i położyć na grillu czy wręcz wrzucić do palącego się ogniska. Po 20 minutach obiad gotowy a kucharz robi co chce przez te 20 minut:) Do tego jakaś sałatka z warzyw sezonowych czy smażone, młode ziemniaki w ziołach. Podlać kompotem, zjeść na ładnym talerzu. Pycha, polecam gorąco!
W ogrodzie pełnia lata... myślę powoli o zdalnym systemie nawadniania.
Wieczorami zgłębiam tajniki art journalingu:) A co!
Pokażę następnym razem a...i ganek. Ganek mój zmienił oblicze na bardziej prawe ale co by was nie zanudzać...:)
Pozdrawiam serdecznie
Korzystajcie z lata!
Tymczasem
Polinka
Jak wygląda życie na wsi latem?
Dużo spacerujemy, leniuchujemy w ogrodzie, jeździmy na rowerach oraz na potęgę przetwarzamy do słoików dary lata. Nie ma nic cudowniejszego zimą jak otworzyć słoik z truskawkami, porzeczkami, ogórkami, śliwkami itp. Micha od razu się cieszy :)
Właśnie w moich słoikach zalęgły się porzeczki w kilku odmianach i agrest.
Ostatnio pisałam o tym i dżemy porzeczkowe odbiły się szeroko wśród was. Mam nadzieję, że wszystkie pytające osoby skorzystały z porad i wyszło wam smacznie. Ku pamięci trochę zdjęć. Zdjęć półproduktu bo wiecie...moje słoiki nie mają koronkowych ubranek:) Nie nadążyłabym ich poubierać bo to nie kilka słoiczków ale kilkaset. Po sezonie zamieszkują szafy i etażerki a od zeszłego roku mam w garażu niezłe szafiszcze. Półki na metalowych wspornikach, nośność 100 kg na jedną. Mam gdzie trzymać w każdym razie;)
Gorąco chciałam polecić jeszcze jeden przepis na zimowe cudo. Czerna porzeczka- źródło witaminy c. Wiecie, że 100 gr tego owocu pokrywa prawie 260% dziennego zapotrzebowania na tę witaminę? Można złapać odporność prawda?
Proponuję Wam zatem kompot z czarnej porzeczki. Porzeczek wrzucam mniej więcej 1/3 garnka ( w moim przypadku 7L), zalewam wodą, słodzę dość dużo. Doprowadzam do wrzenia i gotuję kilka minut. Przelewam do butelek, rozcieńczam pół na pół z wodą i do lodówki. Rozcieńczam gdyż ten wywar jest baaaardzo aromatyczny. Pijemy ze smakiem. Takie samo mam oczywiście również w słoikach na zimę:)
W tym roku porzeczki i agrest już przerobione na kompoty i konfitury. Czekam na ogórki:)
Apropos rowerów. Uwielbiamy nasze wycieczki po okolicy. Wystarczy troszkę odjechać, skręcić w nieuczęszczaną drogę i naszym oczom ukazują się dawne domostwa, zapuszczone lub zamieszkałe, stare kapliczki, drewniane elewacje...
Dodam, że skrzynka pocztowa ze zdjęcia jest wysokości pokrzywy, siedzi w krzakach nie wiedzieć czemu:)
Troszkę ornitologii:)
I pól ukochanych! Uwielbiam ich zapach!
A jak leniuchujemy w ogrodzie to jemy. Przy gotowaniu oczywiście się nie przemęczamy. Oto przepis na zapomniany obiad. Wstawiasz i zapominasz!
Kawałki kurczaka marynujemy wcześniej w:
- sól, pieprz
- trochę ostrej papryki
- czosnek przeciśnięty przez praskę
- sos barbecue
Wymieszać, pobełtać i wstawić do lodówki na dzień czy dwa. Następnie zawinąć w folię aluminiową i położyć na grillu czy wręcz wrzucić do palącego się ogniska. Po 20 minutach obiad gotowy a kucharz robi co chce przez te 20 minut:) Do tego jakaś sałatka z warzyw sezonowych czy smażone, młode ziemniaki w ziołach. Podlać kompotem, zjeść na ładnym talerzu. Pycha, polecam gorąco!
W ogrodzie pełnia lata... myślę powoli o zdalnym systemie nawadniania.
Wieczorami zgłębiam tajniki art journalingu:) A co!
Pokażę następnym razem a...i ganek. Ganek mój zmienił oblicze na bardziej prawe ale co by was nie zanudzać...:)
Pozdrawiam serdecznie
Korzystajcie z lata!
Tymczasem
Polinka
wtorek, 1 lipca 2014
Zapach lata
Lato, lato wszędzie...
Jak ten czas leci kochani:)
Głową siedzę na wakacjach, pupą na miejscu niestety. Całe szczęście, że nie dopisuje pogoda, nad morzem gradobicie, deszcz się leje całymi dniami.Ech!
Popełniłam nowy album. Tym razem ślubny, mój, nasz:) Jest coś cudownego w takim dekorowaniu wspomnień:)
Zdjęcia oczywiście też tam upchnęłam ale...wiecie, rozumiecie:) Przy tym artyźmie to raczej mniejszość:)
W ogrodzie nadchodzi czas wielkich przetworów. Kilka lat temu posadziliśmy sporo krzaczków porzeczek we wszystkich kolorach, agrestu. Zauważyliście jak ciężko dziś kupić te owoce? Babcie siedzą na bazarkach z maleńkimi pojemniczkami porzeczek i i tak nie mają pewnie większego wzięcia. Dlaczego? Przecież to skarbnica witamin. Na dżemiki, bez chemii, jak znalazł.
Jestem za ocaleniem porzeczek i agrestu od zapomnienia!
Przepis na dżemik, zdrowy, domowy:
Porzeczki- czarne, czerwone, na zmianę lub z przewagą ulubieńszych myjemy, zdejmujemy z patyczków. Na każdy kilogram owoców przygotowujemy pół kilograma cukru.
Wrzucamy do gara i zaczynamy je przesmażać. Jak puszczą sok dodajemy cukier. Dusimy, pichcimy, niech się rozlecą. Na ostatnie 10 minut dokładamy odłożone 0.5 kilograma porzeczek, które mają się tylko zagrzać do temperatury dżemu.
Przekładamy do słoików, gorące, zakręcamy i odstawiamy do góry dnem.
Porzeczki mają to do siebie, że same się żelują ze względu na naturalne pektyny. Nie dodajemy żadnych żelusiów, żelfiksów bo przecież nie po to robimy przetwory, aby mieszać je z chemią nie?
Nic prostszego!
Ach, to taki piękny czas. W domu owocowe zapachy, bo jak nie dżem to kompot, wszystko się miksuje. Lato ma też dla mnie zapach bobu. Lubicie go? My się zajadamy, smaczny, zdrowy a na dodatek Chmielewska (Joanna) zawsze powtarzała, że na odchudzanie najlepszy. Podobno można go jeść na potęgę. A co ciekawe zawiera również mnóstwo wapnia, co w dzisiejszych, chudych odżywczo czasach nie jest bez znaczenia. Koleżanka wiecznie na diecie, wszystkiego sobie odmawia... i co chwilę kości łamie. To może bobem, dietetycznie?
No to lecę! Konfitury smażyć:)
Do miłego
Polinka
Jak ten czas leci kochani:)
Głową siedzę na wakacjach, pupą na miejscu niestety. Całe szczęście, że nie dopisuje pogoda, nad morzem gradobicie, deszcz się leje całymi dniami.Ech!
Popełniłam nowy album. Tym razem ślubny, mój, nasz:) Jest coś cudownego w takim dekorowaniu wspomnień:)
Zdjęcia oczywiście też tam upchnęłam ale...wiecie, rozumiecie:) Przy tym artyźmie to raczej mniejszość:)
W ogrodzie nadchodzi czas wielkich przetworów. Kilka lat temu posadziliśmy sporo krzaczków porzeczek we wszystkich kolorach, agrestu. Zauważyliście jak ciężko dziś kupić te owoce? Babcie siedzą na bazarkach z maleńkimi pojemniczkami porzeczek i i tak nie mają pewnie większego wzięcia. Dlaczego? Przecież to skarbnica witamin. Na dżemiki, bez chemii, jak znalazł.
Jestem za ocaleniem porzeczek i agrestu od zapomnienia!
Przepis na dżemik, zdrowy, domowy:
Porzeczki- czarne, czerwone, na zmianę lub z przewagą ulubieńszych myjemy, zdejmujemy z patyczków. Na każdy kilogram owoców przygotowujemy pół kilograma cukru.
Wrzucamy do gara i zaczynamy je przesmażać. Jak puszczą sok dodajemy cukier. Dusimy, pichcimy, niech się rozlecą. Na ostatnie 10 minut dokładamy odłożone 0.5 kilograma porzeczek, które mają się tylko zagrzać do temperatury dżemu.
Przekładamy do słoików, gorące, zakręcamy i odstawiamy do góry dnem.
Porzeczki mają to do siebie, że same się żelują ze względu na naturalne pektyny. Nie dodajemy żadnych żelusiów, żelfiksów bo przecież nie po to robimy przetwory, aby mieszać je z chemią nie?
Nic prostszego!
Ach, to taki piękny czas. W domu owocowe zapachy, bo jak nie dżem to kompot, wszystko się miksuje. Lato ma też dla mnie zapach bobu. Lubicie go? My się zajadamy, smaczny, zdrowy a na dodatek Chmielewska (Joanna) zawsze powtarzała, że na odchudzanie najlepszy. Podobno można go jeść na potęgę. A co ciekawe zawiera również mnóstwo wapnia, co w dzisiejszych, chudych odżywczo czasach nie jest bez znaczenia. Koleżanka wiecznie na diecie, wszystkiego sobie odmawia... i co chwilę kości łamie. To może bobem, dietetycznie?
No to lecę! Konfitury smażyć:)
Do miłego
Polinka
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































